Żyć godnie

Pracowałem kiedyś w banku w zespole składającym się z samych dwudziestokilkulatków. Moją rolą było kierowanie tą grupą. Pewnego dnia, sfrustrowana zarobkami dziewczyna zapytała mnie z wyrzutem, czy z jej pensją można godnie żyć.

Znałem wówczas na tyle dobrze swoją teściową, że wiedziałem, iż można żyć godnie z emeryturą znacznie poniżej dwóch tysięcy złotych, a nawet odkładać przy tym konkretne kwoty (czytaj o tym tutaj). Dlatego też moja odpowiedź nie przypadła do gustu koleżance.

Od tamtego czasu częściej zastanawiam się, co to w ogóle znaczy: godnie żyć. Dla każdego zapewne to coś innego. Mnie ważną lekcję o godności dał pewien niepozorny, ale wielki człowiek.

*

Kilkanaście lat temu siedziałem z żoną w dworcowym barze. Wiozłem z Krakowa pewną statuetkę, która miała wówczas dla mnie spore znaczenie. To była nagroda przyznana na targach książki. Bardzo podbudowała moje ego.

Pamiętam, że piliśmy kawę z Martą w oczekiwaniu na pociąg (pekaes?) do domu. Rzucił nam się w oczy pewien bezdomny, który kręcił się przy wejściu do baru. W końcu zajrzał do środka i stanął w kolejce. Szczerze mówiąc, śmierdział bardzo mocno – dało się to wyczuć z drugiego końca sali. Niemniej jednak było w mężczyźnie coś przyjaznego. Nie wydawał się typem bezdomnego pijaka z napuchniętą, czerwoną twarzą. Jego wyraz twarzy był dość pogodny i w przedziwny sposób dumny. Wzbudzał zaufanie.

Gdy przyszła jego kolej, zapytał kobiety przy ladzie, czy mógłby dostać wrzątek. Sprzedawczyni spojrzała na niego i odrzekła, że 50 groszy. Nie spodobała mi się ta odpowiedź (co za kraj, nawet wrzątku żałują ludziom!). Po jej tonie zrozumiałem jednak, że chodziło tu raczej o delikatne pozbycie się nieprzyjemnego klienta, który być może rozsiadłby się z darmową wodą i odstraszał resztę klientów. Podanie skromnej, ale jednak jakiejś kwoty, miała szansę „oddalić natręta”.

Mężczyzna kiwnął głową i usunął się na bok. Wyjął z kieszeni jakieś monety i zaczął przeliczać. Po chwili ponownie zajął miejsce w kolejce, a gdy doczekał się możliwości zamówienia, poprosił grzecznie o wrzątek. Powoli i z namysłem wykładał na stół drobniaki. Z dala było widać, że to jakieś dwu- i pięciogroszówki. Trochę to trwało. Chyba po 40 groszach kobieta – pewnie przejęta nieprzyjemnym zapachem – powiedziała, że już wystarczy i zaczęła nalewać gorącą wodę do plastikowego kubka. Bezdomny podniósł wzrok, by delikatnym, ale dumnym i stanowczym głosem oświadczyć: „Nie, nie! Ja mam pieniądze. Chcę zapłacić”.

Sprzedawczyni spokorniała. Doczekała się pełnej kwoty i wydała kubeczek w gorącą wodą.

Bezdomny, zapewne przy uldze osób na sali, opuścił lokal i stanął niedaleko baru za szybą, dokładnie na wysokości naszego stolika. Widzieliśmy, jak wyciąga z plecaka foliówkę, w której przechowywał 2-3 torebeczki ekspresowej herbaty. Wrzucił jedną z nich do wrzątku, a w trakcie zaparzania zaczął jeść bułkę. Wyciągnął też książkę, która wyglądała, jak wygrzebana ze śmietnika. Z namaszczeniem wytarł okładkę, a potem rozpoczął lekturę.

Oboje z Martą mieliśmy gulę w gardle. Chcieliśmy mu podarować trochę pieniędzy, ale jego zachowanie kazało nam się poważnie zastanowić, czy go nie obrazimy. Ostatecznie Marta wręczyła mu parę złotych (kwotę w gruncie rzeczy żałosną, ale wtedy naprawdę mieliśmy zgryza ze względu na jego postawę). Widziałem, że ostatecznie przyjął pieniądze, choć z lekkim zaskoczeniem. Zdaje się, że podziękował, ale nie pytałem Marty, co mówił. Żadne z nas nie chciało (a raczej nie mogło) o tym dalej gadać.

Ten oto człowiek wyrósł przed nami i przykrył nas swoją godnością. Mimo niezwykle trudnych warunków życia, w których przecież tak łatwo stoczyć się na dno. Widziałem to setki razy. Ponad dwadzieścia lat mieszkałem przy dworcu kolejowym i autobusowym; z bezdomnymi, narkomanami i patologicznymi rodzinami do czynienia miałem codziennie. Nigdy jednak nie zaobserwowałem kogoś takiego.

Nie wiem, jak inni w barze odebrali to zajście, czy było dla nich w jakiś sposób wyjątkowe, czy w ogóle ich obeszło. Do dziś, gdy tylko myślę o ludzkiej godności, ten brodaty bezdomny z Krakowa przychodzi mi do głowy. Przebija się do świadomości i przypomina o niezbywalnej godności człowieka. O honorowej zapłacie. Wreszcie: o prawdziwej pokorze w życiu – pokorze, która nie szuka wymówek ani dróg na skróty, lecz przejawia się w akceptacji codzienności i szacunku wobec siebie jako człowieka.

Winię siebie za to, że zrobiłem dla tego mężczyzny tak mało, choć on zrobił dla mnie wiele. Mogłem kupić mu obiad, zaprosić do rozmowy, dać więcej pieniędzy, mogłem się za niego pomodlić. Teraz nawet nie wiem, czy jeszcze żyje. Piszę o tym, byś nie popełnił(a) mojego błędu, gdy ktoś podobny pojawi się na twojej drodze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *