Przy ziemi

Zeszły rok był prawdopodobnie najgorszym w moim życiu. Najgorszym ze względu na nagromadzenie problemów zdrowotnych w rodzinie oraz trudnych, bolesnych wiadomości; ze względu na nieustanny brak czasu dla siebie i dla związku; ze względu na wieczny pośpiech, stres, a także na niezliczone utraty kontroli nad sobą; również ze względu na zdwojony wysiłek włożony w każdy (każdy!) dzień, co w ostatecznym rozrachunku przełożyło się na przewlekłe zmęczenie, największe, jakiego dotychczas doświadczyłem – i z którego, na dobrą sprawę, nadal nie wyszedłem.

Mimo to 2019 okazał się okresem, w którym wydarzyło się kilka wartościowych, a w zasadzie bezcennych rzeczy w moim życiu. I gdyby patrzeć na ten czas przez pryzmat korzyści wewnętrznych oraz skutków długoterminowych, to zdaje się, że nie było dwunastu miesięcy w moim życiu, kiedy tak wiele spraw poukładało się pomyślnie.

Nie wchodząc w szczegóły, bo nie one są teraz ważne, chcę ci powiedzieć o czymś, co mnie zaskoczyło.

W czasach, gdy tak dużo mówi się o „poszukiwaniu własnego ja”, o „zgłębianiu siebie” i „wsłuchiwaniu się w swój wewnętrzny głos”, gdy półki w księgarniach uginają się od poradników, a internet pęka w szwach od filmików motywacyjnych i praktyk medytacyjnych, najważniejszą prawdę o sobie poznałem w czasie, gdy jej w ogóle nie szukałem. Było to dokładnie wtedy, kiedy porzuciłem wszelkie myśli o samorozwoju, karierze, sukcesach w bliskich mi dziedzinach życia. Innymi słowy: w momencie, gdy praktycznie cały wolny czas, swoją energię i uwagę poświęcałem komuś innemu niż sobie.

Ze względu na słabość do sztuk walki, pozwolę sobie na pewną metaforę. W 2019 rzeczywistość zaatakowała znienacka – najpierw mnie spoliczkowała, później kilkakrotnie kopnęła w tyłek, aż w końcu sprowadziła do parteru i trzymała w uścisku aż do sylwestra. Niemniej jednak – nie odklepałem.

Co więcej, okazało się, że właśnie ten pułap, tuż przy ziemi, jest dla mnie najwłaściwszy. Co przez to rozumiem? Cóż, nigdy dotąd moje priorytety tak bardzo się nie uwydatniły. Nigdy wcześniej życie duchowe nie ożywiło się tak wyraźnie i nie przyniosło tylu owoców. Moje małżeństwo, paradoksalnie, wspięło się na kolejny, wspaniały poziom, a relacje w rodzinie znacząco się wzmocniły. I na dodatek zmieniła sie moja percepcja w wielu dziedzinach życia. Mogę to przyrównać jedynie opadnięcia zasłony z okna (nota bene, moje córki zerwały zasłonę nad oknem, omal nie obrywając w głowę karniszem).

Myślę, że w jakiś sposób ta zmiana odzwierciedlała się w zeszłorocznych wpisach, np. gdy pisałem o tym, jak rozumiem godne życie, gdy rozważałem sensowność dążenia do prowizorycznego szczęścia, gdy poddawałem krytyce pewne aspekty idei samodoskonalenia w porównaniu do korzyści wynikających z porażek; także wtedy, gdy rozważałem zalety milczenia lub wycofania się z konieczności zdobywania wiedzy.

Być może te słowa dadzą dzisiaj komuś pociechę lub wpłyną na sposób myślenia. Ja odnalazłem swoje odpowiedzi w najmniej oczekiwanym momencie, zanim jeszcze zadałem właściwe pytania. Aczkolwiek przyznaję, że musiało się to również wiązać z wcześniejszym otwarciem się na bieg wydarzeń – z akceptacją rzeczywistości, uległością, nadzieją i wiarą. Jestem przekonany, iż bez tej postawy niewiele by się zmieniło.

W tym roku nie miałem czasu na podsumowania roku i postanowienia noworoczne. Nie było mi dane oddać się refleksji nad planem na najbliższe miesiące. Mimo wszystko plan wykiełkował samoistnie. W tym roku postaram się nadal trwać przy ziemi – tym razem dobrowolnie – w pokorze i wdzięczności, ze wzrokiem skierowanym ku górze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *