Nowy post

Mija osiem miesięcy odkąd przestałem jeść mięso. Podjąłem decyzję podczas lotu z Amsterdamu do Oslo. Taka nagła, niespodziewana zmiana – daleko od domu, w trakcie podróży służbowej. Wiedziałem, że jak się rano obudzę, mięsa już nie tknę. Jednocześnie zrezygnowałem z picia mleka. Zarówno mięso, jak i mleko zawsze bardzo mi smakowały – i smakują do tej pory.

Za jakieś półtora miesiąca minie rok od kiedy odstawiłem słodycze. Od zawsze mam do nich wielką słabość. W Tłusty Czwartek potrafiłem zjeść nawet tuzin pełnoprawnych pączków. Niezbyt chwalebne osiągnięcie.

Z czasem brak słodyczy rekompensowałem sobie podjadaniem przekąsek (krakersy, czipsy, orzeszki w miodzie). Dlatego też jakieś dwa (trzy?) miesiące temu odstawiłem również przekąski.

O dziwo, nie cierpiałem z tego powodu. I nadal nie cierpię. Nie mam drgawek, nie wyładowuję się na najbliższych, nie chodzę po domu jak lew po klatce. Owszem, karkówka nadal mi ładnie pachnie, a pączek kojarzy mi się nad wyraz miło, ale potrzeba zjedzenia ich nie spędza mi snu z powiek. W zasadzie to prawie w ogóle o tym nie myślę.

Nie mam do tego dopasowanej ideologii. Nie włączam się w żaden światowy trend ani popularny –izm. Oczywiście, każda z powyższych decyzji miała swój konkretny motyw, który jednak nie ma dla tego wpisu większego znaczenia. Z czasem jednak poszczególne „zapalniki” przestały się liczyć, pozostając pewnym brakiem, próbą, która w końcu przeszła w nawyk, a nawyk ostatecznie zmienił się w wyrzeczenie.

Słyszałem już kilkakrotnie, jaką to mam silną wolę… Powiedziałbym wręcz, że jest dokładnie na odwrót.

Przez ostatnich kilka lat miałem postanowienie całkowitej rezygnacji ze słodyczy na czas Wielkiego Postu. Tylko połowicznie wiązało się to z pobożnością, zależało mi również na okresowym przystopowaniu z cukrem (w kwestii słodyczy często brakowało mi umiaru). Pamiętam, że zawsze przez pierwsze dni było dość ciężko, ale potem szło coraz łatwiej. Zawsze przed Wielkanocą byłem z siebie zadowolony. Czułem, że odzyskiwałem władzę nad swoimi popędami, że w końcu kontroluję swoje ciało, a nie ono kontroluje mnie. Minus był taki, że po jakimś czasie wracałem do starych nawyków. Dlatego dla mnie – bo wcale nie musi tak być u innych – umiar stał się trudniejszy niż całkowite wyrzeczenie. „Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją”, mawiał Jezus w Ewangelii według świętego Marka – te słowa naprawdę potrafią ułatwić mi życie. Dlatego wyszedłem z założenia: wszystko albo nic.

*

Pamiętam taki niedoceniony film telewizyjny produkcji HBO pod tytułem Zawsze na dnie. Bohater grany przez Laurence’a Fishburne’a, oskubując z piór koguta przeznaczonego na rosół, tłumaczył dzieciakowi, że głód jest dobry, bo przypomina o tym, że czegoś ci brakuje. Widzę tu częściową zbieżność z chrześcijańskim podejściem do postu jako wyrzeczeniem na potrzeby pogłębienia modlitwy i zrozumienia głodu jako pewnnego braku – takiego, który zapełnić może jedynie Chrystus (w postaci chleba). Post jest przecież jednym z trzech głównych czynów pokutnych w katolicyzmie. Zresztą asceza w postaci rezygnacji z różnych potrzeb cielesnych wiąże się z wieloma wyznaniami na całym świecie, co tylko potwierdza, że musi tkwić w niej duchowy haczyk.

Nieraz życzymy sobie, żeby nam „niczego nie brakowało”. Dostatek jawi się automatycznie jako pełnia szczęścia, cel ostateczny lub przynajmniej jeden z kilku życiowych celów. Tym samym brak czegoś, chociażby w postaci głodu, odbieramy jako rodzaj cierpienia, które należy jak najszybciej zniwelować. Natura ludzka jest taka, że będzie chciała zmusić człowieka do zaspokojenia głodu za wszelką cenę.

A co by było, gdyby wykorzystać ten głód konstruktywnie? Okresowa głodówka, dobrowolna rezygnacja z danego posiłku czy ulubionego smakołyku z jednej strony pomaga uwypuklić słabość ludzkiej natury, a z drugiej – szlifuje charakter.

Jeśli chodzi o pierwszy aspekt, refleksja nad swoją słabością może pomóc w zdiagnozowaniu prawdziwego źródła braku. Może się okazać, że brak kontroli nad cielesnymi potrzebami wiąże się z czymś innym, np. ze stresem, kompleksami, presją otoczenia. Bardzo możliwe jest też to, że przyziemność ciała zwróci twoją uwagę na potrzeby ducha – bardzo często jedno idzie w parze z drugim. Odwrócę teraz sytuację – zawsze gdy się porządnie najem, moje ciało przejmuje kontrolę nad umysłem. Trawienie pokarmu staje się priorytetem. Zaczynam robić się senny, myślę głównie o odpoczynku i porzucam zajęcia wymagające skupienia. Mój mózg odwleka rozwiązywanie problemów i odrzuca tzw. wyższe zagadnienia. Gdy zaś odczuwam lekki głód, o wiele łatwiej mi się zatopić w skomplikowanych rozważaniach, a umysł podsuwa najlepsze pomysły.

Co do drugiego aspektu, wyrzeczenie jako ćwiczenie charakteru może zaprocentować też w różnych dziedzinach życia – utwierdzasz się w przekonaniu o własnej sile woli, co tylko daje ci więcej pewności siebie.

*

Wydawałoby się, że skoro odstawiłem mięso i słodycze, to z każdą kolejną rzeczą pójdzie łatwo. A jednak nie! Zamiast kotleta wieprzowego i czekolady, mam dziesiątki zamienników, więc głodny nie chodzę. A zatem nie jest to szczególnie wielkie wyrzeczenie. Post, głównie ten związany z jedzeniem, nadal jest dla mnie wyzwaniem. Owszem, pogodziłem się z wegetariańskimi burgerami, ale odstawić kolację już nie tak prosto.

Wkurza mnie, że człowiek jest słaby. Zbyt często przegrywa ze swoim ciałem. Dziś mówię tylko o głodzie, a weźmy pod uwagę kwestie szeroko pojętego seksu oraz to, ile czasu poświęcamy współcześnie naszej fizyczności. Te wszelkie aktywności fizyczne, pielęgnacja ciała, gotowanie i jedzenie, kupowanie ubrań, strojenie się itd. Czy dbamy o równowagę między sprawami ducha i ciała? Czemu poświęcamy więcej czasu? Jeśli to ciało rządzi naszym harmonogramem, to znaczy, że umysł jest zepchnięty na margines, być może nawet zniewolony. Czy tego właśnie chcę? Rodzi się tym samym pytanie o moje „ja”, o źródło tożsamości. Czy ja to bardziej moja fizyczność, czy też umysł i moje myśli?

Czymże jest sporadyczna rezygnacja z kolacji? Czym jest jeden piątek o chlebie i wodzie przy pełnej lodówce na co dzień? Na pewno nie heroicznym wyczynem ani szczególnym poświęceniem. Dlaczego więc tak trudno się na niego zdobyć?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *