Trzy słowa o pułapkach intelektu

1.

Większość mojego życia zazdrościłem innym inteligencji. Chciałem otaczać się ludźmi błyskotliwymi, przebywać wśród intelektualistów i – naturalnie! – samemu być postrzeganym jako osoba obdarzona intelektem.

Mechanizm był prosty. Nigdy nie byłem przystojny, nie miałem powodzenia u dziewczyn ani nie wykazywałem się szczególnym talentem, którym mógłbym komuś zaimponować. Pewnie dlatego, aby zyskać akceptację, a czasami nawet podziw rówieśników, postawiłem na rozwój intelektualny. Tak więc czytałem książki, oglądałem poważne filmy, starałem obracać się w kręgach osób oczytanych, elokwentnych, obytych i skupionych na „ważnych” tematach. Szczególnie udzieliło mi się to na etapie studiów filologicznych, bo środowisko akademickie oraz zakres materiału naukowego wyjątkowo sprzyjały dążeniom do pogłębienia wiedzy i sprawności umysłowej.

Wkrótce przyszły pierwsze tzw. sukcesy w dziedzinie pisania wierszy. Zdobywałem nagrody w ważniejszych ogólnopolskich konkursach, wydawałem książki, występowałem na wieczorach autorskich, zacząłem pełnoprawnie bywać w środowisku literackim, które było i nadal jest pełne erudytów i intelektualistów. Przez 3-4 lata bardzo mi to odpowiadało.

Mniej więcej tym samym czasie zacząłem zdobywać zatrudnienie w środowisku korporacyjnym, także w banku, gdzie małymi kroczkami wspinałem się po „drabince”. Rzecz jasna, strasznie łechtało to moje ego. „Polonista w banku! Jak to możliwe!”, myślałem o sobie ze zdziwieniem, ale i dumą. Rosła moja pewność siebie, gdy zdobywałem nowe doświadczenia i umiejętności. W tamtych czasach kładłem nacisk na coraz większy rozwój. Czytałem o swoim fachu znacznie powyżej „średniej firmowej”, chciałem się uczyć i wykorzystywać swoją wiedzę. Co gorsza, zapragnąłem budować swoją pychę dzięki tej wiedzy. Ale to akurat zrozumiałem dopiero niedawno.

Minął jakiś czas, zmieniło się moje życie, zmieniły priorytety i ustabilizowały wartości. Ktoś kiedyś powiedział: pokaż mi swój kalendarz, a powiem ci, jakie są twoje prawdziwe priorytety. To wyjątkowo mądre słowa. Wydaje mi się, że często mylimy rzeczywiste priorytety z priorytetami złudnymi, wymarzonymi albo oczekiwanymi. Znam wiele osób, które powiedzą, że rodzina jest najważniejsza, a spędzają z nią góra dwie godziny dziennie, bo pracują dziesięć godzin, a po kolacji w domu odpalają laptopa i dalej tłuką mejle. Wiem, bo byłem wśród nich.

W wyniku tych poświęceń odnosiłem sukcesy (a raczej „sukcesy”) na polu zawodowym. Miałem wiedzę, dzięki której byłem przez niektórych uważany za inteligentnego. Dla niektórych wprawdzie byłem inteligentnym bucem lub oczytanym gburem. Nieważne! W ówczesnym rozrachunku uważałem, że i tak było warto.

2.

Nie chcę, aby ktoś pomyślał, że uważam inteligencję za coś złego. To dar, który został nam dany po to, by z niego umiejętnie korzystać. Jedni dostali nieco więcej, inni chyba za mało, co nie oznacza, że nie można go wyćwiczyć jak, dajmy na to, bicepsa.

Jednakże spójrzmy prawdzie w oczy: intelekt nieco się zdewaluował. Żyjemy w świecie, gdzie coraz więcej ludzi odnosi sukces (dla mnie nadal „sukces”) nie korzystając zbytnio z intelektu – żeby nie powiedzieć dosadniej. Samo słowo „inteligencja” pojawia się ostatnio w mediach i w reklamie najczęściej z dookreśleniem „sztuczna” albo w kontekstach zdecydowanie odległych znaczeniowo – chociażby „inteligentna doniczka”, „inteligentny odkurzacz” czy też (moja ulubiona) „inteligentna maselniczka”. Ze zdumieniem przyjąłem napis na metce mojego t-shirta: „cotton intelligence”. Popularność zdobywają także „inteligentne domy”, co ma bardziej związek z technologiczną synchronizacją sprzętu niż z bystrością umysłu domowników.

Co ciekawe, określenie „intelektualista” zauważalnie się wypaczyło w dzisiejszych czasach, zyskując lekko negatywny, ironiczny wydźwięk – kojarzy się bowiem z kimś wywyższającym się i/lub oderwanym od codziennej rzeczywistości.

Coraz więcej przedmiotów otaczających nas okazuje się „inteligentnymi”, co jest oczywiście uzasadnione marketingową strategią: lepsze, bo inteligentne lub inteligentne, więc dobre. Zwróćmy jednak uwagę na to, że gdy w tym naszym inteligentnym domu wysprzątanym przez inteligentny odkurzacz, gdy już wstawimy pranie nie ruszając się z sofy, a algorytm w TV wybierze nam odpowiedni film, co takiego nam pozostanie do roboty?

a) Pozostanie nam w ręku telefon, którym będziemy sterować naszym otoczeniem.

b) Pozostanie nam korzystać z życia, czyli… no właśnie, co? Bo został chyba tylko odpoczynek, seks, jedzenie, picie i wertowanie podstron wirtualnych sklepów? Na pozór brzmi super – nie trzeba robić nic z tych nudnych rzeczy, jak prasowanie i zmywanie. Po namyśle jednak: tworzymy sobie plan o nazwie „pasywne życia” (w skrócie: „pasożycie”). Pasywne życie w pasywnych domach.

Na świecie, w którym kolejne produkty i usługi są usprawniane, by zaoszczędzić czas, coraz więcej ludzi skarży się na nieustanny brak czasu. Coś tu nie gra, prawda?

Mam taką tezę, że dość dawno przekroczyliśmy już barierę technologicznego rozwoju, która miała za zadanie ułatwić nam życie. Że teraz to tylko naprawiamy szkody. Jak tu nie odnieść wrażenia przedobrzenia, gdy te wszystkie urządzenia, które stworzyliśmy, by rozwiązywać problemy, same generują nowe problemy i choroby (stres, depresja, zaburzenia snu, padaczka, nadpobudliwość, długi i inne).

Nie mówię, że lada dzień oddziały terminatorów przejmą kontrolę nad światem, ale gdy widzę reakcje nastolatków, gdy w domu siada Wi-Fi, albo gdy większość matek na dziecięcych zajęciach tanecznych siedzi z nosem w telefonie zamiast patrzeć na pierwszą poprawnie wykonaną gwiazdę swojej córki, to nie mam wątpliwości co do naszego masowego zniewolenia i ogłupienia.

Internet zabija inteligencję. Smartfon okazuje się bardziej smart niż jego użytkownik.  Nie da się inaczej, jeśli codzienne i na każdym kroku firmy zarzucają cię tysiącami informacji i reklam. Co więcej, grafika komputerowa sprawiła, że coraz częściej oglądając sztucznie wygenerowane obrazy nie potrafimy odróżnić ich od rzeczywistości.

3.

W czasach swoich największych „sukcesów” zawodowych intelekt, wiedza i rozwój osobisty stały się dla mnie… bożkami. Były raczej celem, niż narzędziem umożliwiającym realizowanie zadań. Celem, bo wiązały się ze zdobyciem uznania wśród ludzi, a zatem pomagały karmić moją próżność. Ponadto, odciągały mnie od innych spraw – małżeństwa, dziecka i obowiązków domowych, czyli w zasadzie wartości, które uważałem wówczas za kluczowe, chociaż na zewnątrz wcale to tak nie wyglądało.

Samorozwój odciągał mnie także od modlitwy, dając w zamian jakieś inspirujące cytaty, frazesy i pseudonaukowe motywatory, które tak naprawdę miały nakręcić mnie bardziej na wydajność w pracy, a nie popchnąć do rzeczywistego pogłębienia duchowości.

W czasach, gdy inteligencja staje się powoli „hologramem” albo etykietą na produkcie, należy przypomnieć sobie, że na świecie istnieje też mądrość. (Inna sprawa, że coraz rzadziej o niej słychać. Jak często słyszysz lub mówisz o kimś, że jest mądry, a jak często o tym, że ktoś jest błyskotliwy lub inteligentny?)

Mądrości nie zdobywa się przez aplikację ani media społecznościowe. Nie zdobędziesz jej tylko czytając tysiące artykułów – zdobędziesz tylko wiedzę. Potrzeba czasu i cierpliwości, wielu lat obserwacji i uważnego słuchania, setek popełnionych błędów i najróżniejszych doświadczeń. Może nie tak łatwo ją zdobyć, ale też nikt nam jej nie zabroni. A co chyba najważniejsze, raz zdobytej mądrości nikt nam już nie odbierze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *