Dlaczego obawiam się ciągłego doskonalenia

Zawsze chciałem być w czymś doskonały. Na przykład w sporcie, pisaniu albo w zawodzie. Wiedziałem, że nie jestem. Było mi do tego daleko.

Przeczuwałem tym samym, że nigdy nie będę doskonały w żadnej dziedzinie. Ale i tak próbowałem.

Porozmawiajmy jednak o pracy. (Wiem, są wakacje, ale tym lepiej będzie nam znaleźć dystans).

„Ciągłe doskonalenie”. Z angielskiego: continuous improvement. Dowiedziono mnóstwa zalet tego konceptu. W teorii faktycznie nie ma w nim nic złego. Skoro zadziałał świetnie w Toyocie, to czemu by nie zastosować go w innych obszarach życia, prawda?

A jeśli jeszcze dodamy ciągłe doskonalenie do pracowniczego planu rozwojowego – brzmi jak przepis na wspaniałego pracownika, który wygeneruje równie wspaniałe wyniki.

Tak, do pewnego stopnia wszystko się zgadza. Proponuję jednak być ostrożnym, żeby się tym sposobem myślenia nie zachłysnąć. Mimo iż nieźle to wszystko brzmi w mediach społecznościowych.

Jak dla mnie, w tym sformułowaniu czai się pułapka – „ciągłe” oznacza, że nie ma końca. Nie jesteś wystarczająco dobra. Nie jesteś wystarczająco dobry. Jeszcze nie jesteś. I nigdy nie będziesz.

W dużym skrócie: nawet jeśli masz właśnie za sobą wielki krok na drodze do samorozwoju, jutro czeka cię dalsze usprawnianie. Na tym w sumie polega ciągłe doskonalenie.

Cóż, można dać radę przez jakiś czas, ale obawiam się, że na dłuższą metę ten koncept może się stać się zbyt obciążający. Może nawet dołujący.

Nie jestem psychologiem ani niczyim coachem. Wszystko, o czym teraz mówię, albo widziałem, albo odczułem na własnej skórze.

I podkreślam, sam koncept nie jest zły. Ma mnóstwo plusów. Stanie w miejscu nie może być dobrym rozwiązaniem. Jedyne co chcę przekazać: bądź ostrożna/y.

Miałem taki moment w życiu zawodowym, gdy byłem niezwykle skupiony na samorozwoju. Postawiłem sobie krótkoterminowe cele i szukałem tzw. quick wins, czyli szybkich rozwiązań (z ang. dosł: szybkich zwycięstw).

Rozwój osobisty wydawał się wyjątkowo kuszący, bo te „szybkie zwycięstwa” można było stosunkowo łatwo odhaczać. Zdobyłem kilka umiejętności, których zyskania nigdy bym się nie spodziewał. Zrozumiałem, jak można manipulować faktami. Miałem wpływ na zmiany. Poczułem trochę władzy. Może to zabrzmieć żałośnie, ale raz złapałem się na myśleniu, że rozwijanie umiejętności biznesowych uczyni mnie przy okazji lepszym człowiekiem.

Och, jaka niespodzianka…

Wszystkie te „małe kroczki” i szybkie rozwiązania, których sobie życzyłem… zmieniły się w przytłaczający stres i jedną wielką porażkę.

*

Niektórzy powiedzą, że aby odnieść sukces, trzeba „grać ostro”. Zostać na nadgodzinach. Dokręcić śrubę. Poświęcić znajomych. Zapomnieć o równowadze. „Chwilowo”.

Tak, w pewnym sensie to prawda – jeśli sukces rozumiesz jako pieniądze i władzę. Wówczas nie ma szans, byś zgodził(a) się z moim punktem widzenia.

Ja po prostu tak nie postrzegam sukcesu. Już nie.

*

Fajnie odnieść porażkę. Czasami wręcz super jest odnieść porażkę.

Ale na pewno nie jest super mieć depresyjne myśli.

Przychodzi taki moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że w sumie idzie ci nieźle. Że jest naprawdę OK. Wiesz, że wprawdzie nadal można coś poprawiać, może nawet mieć już gotowy plan na rozwój, ale tylko dlatego, że faktycznie tego chcesz. Nie po to, żeby „zazielenić” raporty. Nie po to, by spełnić czyjeś oczekiwania czy równać do wydumanych standardów. Warto wtedy cześćiej  zwracać uwagę na tempo, bo łatwo przedobrzyć.

Dlaczego więc nie zmienić idei ciągłego doskonalenia na „powolne doskonalenie”?

Dlaczego by nie pójść dalej, ogłaszając „dobrowolne doskonalenie”? Czy kogoś by to skrzywdziło? To wciąż doskonalenie, nieprawdaż? To ofiarowanie komuś możliwości wyboru.

(Tak, wiem, być może wyniki nie poszłyby w górę tak szybko… tyle że nie zależy mi teraz wynikach; gra toczy się o człowieka).

Naciskaj na procesy, a nie na ludzi.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *