Wpojone okrucieństwo (o presji wydatków na dzieci i wśród dzieci)

Dobrze pamiętam, jak dzieci potrafią być okrutne. Zwłaszcza w podstawówce lub szkole średniej. W tym wieku liczy się jedno – akceptacja otoczenia. Moi kumple. Koleżanki. Moja klasa. Na podwórku. Na osiedlu.

Przychodzi mi do głowy cytat z pewnego serialu komediowego, który pięknie podsumowuje ten okres: „Na początku wszyscy chcą być dokładnie tacy sami, a potem nagle każdy chce być inny”.

Tak naprawdę,  jeśli chodzi o dobra materialne, nigdy w życiu niczego mi nie brakowało. Moi rodzice starali się spełniać wszystkie moje podstawowe potrzeby, także te niekoniecznie podstawowe – i jestem im za to wdzięczny. Z drugiej strony jednak, nie stać ich było na to, by wydawać pieniądze na markowe produkty.

Gdy jedni nosili air maxy, ja nosiłem jakieś bonmaxy. Gdy kumple mieli koszulki z Jordanem, trzema paskami czy słynną „fajką” – ja miałem polówki po ojcu albo T-shirty z rynku. Zawsze czyste, nieznoszone i dopasowane – ale nie takie, którymi się zaimponuje dziewczynom z klasy.

Koledzy w liceum dostawali nowiutkie walkmany (później pojawił się discman), ja zaś przez długi czas posiadałem taki odtwarzacz, który w opcjach przewijania miał tylko fast forward, więc żeby cofnąć piosenkę, trzeba było przełożyć kasetę na drugą stronę, przewinąć taśmę i jeszcze raz przełożyć. Był to wówczas symbol klasy społecznej (żeby nie powiedzieć: obciachu).

Oczywiście koledzy potrafili mi dopiec, zwłaszcza ci z bogatszych domów. Na moją korzyść działało jednak to, że potrafiłem się bić. No i fakt, że regularnie grałem w kosza czy piłkę z największymi kozakami w szkole lub na podwórku. Ale pamiętam też, jak obchodzono się z tymi, którzy nie potrafili sobie wyrobić autorytetu, a nie stać ich było na modne ciuchy czy gadżety. Nic przyjemnego.

Według danych statystycznych European Consumer Payment Report za zeszły rok, co trzeci polski rodzic odczuwa presję związaną z zakupem dzieciom prezentu, na który go nie stać. To przeciętny wynik wśród krajów europejskich. Warto dodać, że 31% rodziców przynajmniej raz w ciągu 6 miesięcy od daty badania zapożyczyło się lub wykorzystało limit na karcie kredytowej, żeby sprostać społecznym oczekiwaniom.

Okazuje się, że najczęściej w wyniku tej presji rodzicom zdarzyło się przynajmniej raz kupić telefon komórkowy (39% z nich), markową odzież i obuwie (po 29%), a w dalszej kolejności m.in. konsole do gier, wycieczki, rowery, a nawet (sic!) samochód.

Od jakiegoś czasu praktycznie nie kupujemy córkom zabawek. Przestaliśmy to robić, gdy zaczęliśmy się o nie potykać, a sprzątanie zajmowało zbyt wiele czasu. Był taki moment w grudniu 2017, że po mikołajkach przyszły urodziny, a zaraz potem święta. Po prostu przytłoczył nas świecący i grający plastik made in China ofiarowany przez rodzinę, która oczywiście „chciała jak najlepiej”.

Pod koniec roku zaproponowaliśmy starszej córce, żeby sama zdecydowała, które zabawki chce oddać. Tłumaczyliśmy, że są inne dzieci, które w ogóle nie mają się czym bawić, co Wiktoria zdawała się przyjmować ze zrozumieniem. Sama wybierała i pakowała do worka niepotrzebne rzeczy. Udało nam się zebrać prawie dwa 120-litrowe worki. Jej młodsza siostra jeszcze nie ogarnia tego tematu, bo dopiero skończyła dwa latka, ale ona akurat bardzo rzadko bawi się jakąkolwiek zabawką. Butelka, klucze i stare pudła to zdecydowanie ciekawsze eksponaty.

Na początku roku zaczęliśmy z żoną naszą miesięczną grę w minimalizm, więc wydawało się, że temat zbędnych gratów w domu mamy już zupełnie pod kontrolą. Martę naszła nawet myśl, że chyba przegięliśmy. Że już w ogóle nic nie kupujemy dzieciom. To oczywiście było tylko wrażenie, ale od tamtej pory niejednokrotnie przekonaliśmy się, że czym mniej badziewia trafia do Wiki, tym lepiej dla niej. Potrafi wówczas docenić mniejszy gest i cieszyć się dosłownie ze wszystkiego. Rozczulała nas podziękowaniem za rajtuzki czy spinki do włosów albo wybuchem bliskim euforii na widok nowych kredek. I chociaż plastikowe buble do tej pory strasznie nęcą ją na lokalnych odpustach, to zazwyczaj potrafi odejść od straganu bez płaczu i nerwów.

Mamy jeszcze długą drogę do pozbycia się nadmiaru zabawek w domu – okres wiosenny przyniósł zbyt wiele jajek-niespodzianek i tego typu artefaktów, podarowanych przez rodzinę czy znajomych. Niemniej jednak – nie naciskamy. Nasza córka sama dojrzewa do decyzji o pozbywaniu się przedmiotów. Zbyt usilne „starania” mogą spowodować odwrotny efekt. Co jakiś czas jedynie wspominamy o możliwości oddania zabawek.

Kilka dni temu Wiktoria i Amelka były u naszych sąsiadów, gdzie bawiły się z rówieśnikami. Prawie cała zabawa upłynęła na wchodzeniu i schodzeniu z góry piasku, a także intensywnym czołganiu się po tymże piachu. Ubaw nie z tej ziemi (według relacji świadków). Po wszystkim zapytaliśmy się starszej córki, czy była też w pokoju kolegi. Tak, była. Zapytaliśmy, czy kolega ma dużo zabawek. Odpowiedziała, że tak, ale z wielką dumą dodała, że ma mniej od niej.

Myślę sobie, że jeśli w domu takim, jak nasz – gdzie unika się reklam i zwraca uwagę na to, że rzeczy nie są ważne – i tak rośnie w dziecku przekonanie, że więcej (zabawek) oznacza lepiej, to jak głęboko zakorzeniona jest potrzeba niepohamowanej konsumpcji w społecznym DNA!

I jeżeli tak mocno wyczuwa to przedszkolak, to co mówi to o nas, dorosłych?

Wiem jedno – widok małych dziewczynek licytujących się między sobą o to, która ma więcej lalek Elsa, jest tak samo uroczy, co przygnębiający.

4 odpowiedzi do “Wpojone okrucieństwo (o presji wydatków na dzieci i wśród dzieci)”

    1. Bardzo zasadne pytanie. Zwłaszcza w kontekście faktu, że sam pracuję nad ograniczeniem czasu z komórką. Cóż, czekają mnie teraz lata pracy nad pokazywaniem alternatywnych sposobów spędzania czasu i budowaniem dystansu do tego, co się widzi w Internecie. Na pewno nie będzie to łatwe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *