Wielce niepokojący stan rzeczy

Całe swoje życie gromadziłem rzeczy. Począwszy od przedmiotów codziennego użytku (jak ubrania i obuwie), przez sprzęty wykorzystywane sporadycznie (narzędzia, akcesoria, książki, DVD), a skończywszy na gadżetach, pamiątkach i najrozmaitszych szpargałach. Od dziecka przejawiałem skłonność do kolekcjonowania rzeczy. Myślałem nawet, że to fajna cecha.

Gdy ponad dziesięć lat temu przeprowadziliśmy się z Martą z domów rodzinnych do blokowej kawalerki, musieliśmy porządnie zaplanować, które z należących do nas rzeczy potrzebujemy wziąć ze sobą, a których się pozbyć. Jeśli chodzi o mnie, wziąłem z domu większość „dobytku”, tak na oko – jakieś siedemdziesiąt procent. Dziesięciu procent cudem się pozbyłem, a pozostałe dwadzieścia rodzice obiecali tymczasowo przetrzymać.

W nowym mieszkaniu udało nam się to wszystko jakoś upchać, i to mimo skromnego umeblowania. Nie było super-przestronnie (w końcu to kawalerka na dwójkę lokatorów), ale potrafiliśmy utrzymać wnętrze w takim stanie, że nie odczuliśmy przytłoczenia czy zagracenia. Co prawda, pomogła w tym udostępniona komórka w bloku, gdzie zrzuciliśmy wszystko to, co nie mieściło się w naszym nowym M-2.

Potem się zaczęło. Na całego.

Niewiarygodne, w jakim tempie zaczęły do nas napływać przeróżne przedmioty. Przy każdej okazji, takiej jak Święta, urodziny czy rocznice, trafiały do nas kolejne prezenty. Po wizytach u rodziców lub teściów wnosiłem co najmniej jedną pełną reklamówkę rzeczy wszelkiej maści: słoiki, salaterki, książki, poziomice, haczyki, kieliszki itd. Przy okazji rodzice powoli a skutecznie upłynniali te wszystkie graty, które wcześniej zobowiązali się przechować do czasu, aż kupimy jakieś lokum na własność. No i te wszystkie rzeczy „na wszelki wypadek”, które same pukały do naszych drzwi… A gdy dodać do tego sterty nietrafionych prezentów ślubnych, to robiło się naprawdę groźnie.

Trzy lata później, w roku przeprowadzki do nowo wybudowanego domu, mieliśmy już zdecydowany przesyt tych niezliczonych szpargałów, wihajstrów i przeszkód drogowych. W środku robiło się naprawdę ciasno, co miało też wpływ na nasze samopoczucie. Gdziekolwiek się stanęło, w zasięgu ręki znajdował się przedmiot do potłuczenia lub zarysowania.

Mądrzejsi już o doświadczenie nieustającego narastania „klamotów”, wiedzieliśmy, że powinniśmy się natychmiastowo pozbyć choć części z nich, aby opóźnić stworzenie graciarni w nowym domu. Dokonałem przy okazji ważnej obserwacji – przez cały ten czas mieszkania w mieście nie skorzystaliśmy z ani jednej rzeczy umieszczonej zawczasu w piwnicy. Jedynie dorzucaliśmy nowe. Prawdopodobnie przyszła mi wtedy do głowy myśl, że te rzeczy nie są nam potrzebne, lecz najwyraźniej ulotniła się zaraz po przeprowadzce.

Za cztery miesiące będziemy świętować siedem lat mieszkania w naszym piętrowym domku jednorodzinnym. Wydawałoby się, że po przestawieniu się z czterdziestometrowego mieszkanka na nowe, komforowe warunki nareszcie odnajdziemy odpowiednią przestrzeń na nasz dobytek. I że zostanie jeszcze dużo wolnego miejsca.

Cóż, nie poszło tak łatwo.

Przez prawie cały ten czas i tak dokupywaliśmy nowe rzeczy. Były wśród nich te niezbędne, ale i setki, które trudno nazwać nieodzownymi. W ciągu ostatnich kilku lat co najmniej trzykrotnie wzięliśmy się za gruntowne porządki. Wynosiłem olbrzymie worki i kartony z niepotrzebnymi gratami na śmieci lub do garażu, a potem cieszyłem się z choćby odrobiny odzyskanego miejsca, które potem – ku mojemu zdumieniu i rozpaczy – na powrót znikało pod wpływem nowych nabytków.

Dopiero od niedawna odzyskaliśmy względną kontrolę nad wspólną przestrzenią. A to, między innymi, w wyniku zrozumienia naszych błędów. Kilka z nich chciałbym pokrótce omówić:

  1. Brak postawienia jasnych granic. Prawie całe życie nie potrafiłem się sprzeciwić gromadzeniu. Udaje mi się to dopiero od niedawna. Z jakiegoś powodu pozwalałem sobie na wyperswadowanie zbieractwa pod wpływem tego strasznego argumentu: „Przecież ty masz dom!” – co oznaczało „Masz więcej miejsca, więc ci się zmieści. Nie marudź!”. Bywały też sytuacje w stylu „Są takie momenty, że akurat nie możesz znaleźć obu par kombinerek, a jak masz trzecią, to na pewno na jakąś trafisz”. Najtrudniej mi było zawsze walczyć z rodzicami i teściami, którzy czasami wręczali mi z dumą chowane przez dziesiątki lat przedmioty. Bywało wówczas, że doceniając ich intencje i starania (mierzone mentalnością poprzednich pokoleń), brałem te rzeczy, kładłem gdzieś głęboko do szafek i nigdy do nich nie zaglądałem…
  2. Trzymanie rzeczy na wszelki wypadek. Niezwykle groźny nawyk. Czy komuś w ogóle przytrafia się ten osławiony „wszelki wypadek”. Jak często? Czy przechowanie rzeczy okazało się jedynym sensownym rozwiązaniem? Gdy myślę o tym zjawisku, przed oczami staje mi małe, niebieskie imadło – jeden z najoryginalniejszych, otrzymanych prezentów gwiazdkowych. Mija osiem lat, odkąd nie skorzystałem z imadła, „które każdy mężczyzna powinien mieć”. Dodam, że mieszkam w pobliżu wypożyczalni sprzętów budowlanych. Pytanie, dlaczego nadal się go nie pozbyłem? Myślę sobie, że może dla pewności, że jestem prawdziwym mężczyzną – no bo facet bez imadła to jak bez ręki.
  3. Brak refleksji lub podjęcia natychmiastowego działania. Dziesiątki razy mój wzrok trafiał na miniaturową, kamienną trupią czaszkę, która od zawsze stała w moim pokoju. Przywiozłem tę „pamiątkę” z San Marino w czasach szkolnych. Czaszka zwykle zbierała kurz na regałach lub półkach, co rusz trafiała do moich rąk przy sprzątaniu, lecz nigdy nie zadałem sobie tyle trudu, by zastanowić się, do czego mi owa czaszka jest w ogóle potrzebna. Nigdy nie zadumałem się nad nią, nie wypowiedziałem „Memento mori”. Wyrzuciłem ją do śmieci po (bagatela) prawie ćwierci wieku. Z kolei w innym miejscu trzymałem komplet kieliszków, którego bardzo szybko chciałem się pozbyć. Za każdym razem mówiłem sobie jednak, że kiedy indziej, że wrzucę do kosza następnego dnia, a nie akurat w danej chwili. Bo późno, bo zimno, bo za dużo hałasu. Następnego dnia oczywiście zapominałem. Te kieliszki wyrzuciłem dopiero kilka tygodni temu. Cały proces trwał osiem lat. Jednocześnie trwało kilkaset innych, podobnych procesów.
  4. Pozwalanie sobie na posianie duplikatów. Do czego potrzebny mi był zapasowy komplet dekli do seicento, trzymany miesiącami w garażu? Cóż, czasami przekonywałem się, że ktoś może się kiedyś połaszczyć na ten drogocenny skarb i ukraść kołpaki z auta, a wtedy rezerwowy komplet był jak znalazł. Nie mogłem jednak znaleźć już żadnego uzasadnienia dla tego drugiego zapasowego kompletu, zalegającego w garażu.
  5. Zachłanność. U mnie ten niekończący apetyt przejawiał się np. przy zbieraniu książek. To moja słabość, na którą zawsze sobie pozwalałem. Kupowałem wszystko, co planowałem w życiu przeczytać. Brałem każdy tom, który proponowano mi za darmo. Mieszkam w domu z ponad tysiącem książek, z których przeczytałem może jedną trzecią. Z pozostałej części połowy i tak nie przeczytam. Przyznałem się do tego kilka tygodni temu. I nadal nic z tym fantem nie zrobiłem. Redukcja książek to będzie jedna z najtrudniejszych prób (pewnie o tym kiedyś coś więcej napiszę).
  6. Wciągnięcie się w nieustający cykl zakupów. Po prostu. Rzeczy się zużywają, więc kupujemy nowe. „Teraz kupię jeszcze lepszy telefon, bo ten nowy to ma jeszcze więcej pamięci i jeszcze szybszy procesor – nie wiem, co to konkretnie dla mnie oznacza, ale na pewno odczuję różnicę”… Rzeczy się psują, więc kupujemy nowe. „Wreszcie zniknął ten materac, to będzie miejsce na pudła z ubraniami”… Może jest tak, że gdy redukuje się jakąś porcję rupieci, to podświadomie dąży się do tego, by te pustkę czymś materialnym zapełnić. Może czasem warto się zastanowić, czy ponowny zakup jest naprawdę niezbędny.

Jestem przekonany, że każdemu takie błędy się przytrafiają. Być może wszystkie, a może tylko wybrane. Może często, a może tylko od czasu do czasu. Niezależnie od tego, czy chcesz coś poradzić na kolejny bezlitosny przypływ gratów, czy też niekoniecznie – warto chociaż sobie zdać sprawę z tego, co powoduje taki „stan rzeczy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *