Urloping – kilka powakacyjnych refleksji o relaksie i stresie

Wygląda na to, że upalne lato dobiegło końca. Większość z nas zakończyła swój wypoczynek i wróciła do codziennej rutyny. Tylko studenci cieszą się jeszcze na wrzesień, bo dla nich to nadal wakacje.

Moje dwutygodniowe rodzinne wczasy w górach również muszę uznać za minione, a trzeci tydzień urlopu (który spędzam już w domu) właśnie się wyczerpuje. Ten właśnie czas wolny był przyczyną nieco rzadszych wpisów na blogu. Żeby wypoczynek był wypoczynkiem, trzeba porzucić większość obowiązków i odpowiedzialności.

Wprawdzie wyjazd z moimi dziewczynami (dwu- i czterolatką) trudno uznać za wypoczynek sensu stricto (bardziej jako poskramianie dwóch żywiołów albo podróż służbową), to jednak zmiana otoczenia i piękne widoki Beskidu Sądeckiego i Bieszczad zrobiły swoje. Przynajmniej tak chcę myśleć…

Zaskakujące jest, że mimo ponad trzydziestu kilku lat odkrywam na nowo, co lubię robić – w sensie: jak lubię spędzać urlop, co mnie odpręża, a co nie. Rokrocznie rewiduję swoje poglądy, gdy coś, co dotychczas wydawało mi się dobrym pomysłem na relaks, nagle okazuje się stresorem lub wizją kogoś innego, pod którą podświadomie podczepiam się, przekonany, że „właśnie tak należy wypoczywać”.

Celebryci i instagramowe gwiazdy latają na piaszczyste plaże, by opalać się nad brzegiem turkusowych wód lub pstrykać zdjęcia nad basenem należącym do 5-ciogwiazdkowego hotelu. Reklamy biur podróży też pokazują głównie ten rodzaj wypoczynku – all inclusive w upałach, rodzice piją drinki z palemką, a dzieci szaleją na mini disco. No i okej, nie ma w tym nic złego. I ja spędzałem tak czas wolny. Każdy wypoczywa po swojemu, o ile tylko wie, kiedy faktycznie wypoczywa. A gdzie i jak spędza się wakacje, to już indywidualna sprawa.

Niemniej jednak uważam, że kilka aspektów związanych z wypoczynkiem (lub jego brakiem) ma charakter ogólny i indywidualne predyspozycje nie mają wielkiego znaczenia. Miałem okazję trochę się nad nimi zastanowić w trakcie urlopu.

Destynacja i kalkulacja

Jakkolwiek banalnie to brzmi, nieustannie przekonuję się, że wybór wakacyjnej lokalizacji to pół sukcesu. Mimo że z rodziną lubimy widok morza, morskie powietrze, spacer pustą plażą czy dziecięce zabawy w piasku itd., to jednak jesteśmy świadomi, jak negatywnie wpływa na nas widok setek parawanów, dziesiątek budek z lodami, goframi, chipsami na patyku czy też straganów z tandetnymi bibelotami. Gdy zbilansowaliśmy potencjalne korzyści i straty, wyszło nam, że Pomorze nie jest dla nas na ten moment idealnym rozwiązaniem. Warto zastanowić się, co najbardziej lubi się robić, co najlepiej odpręża, co najprzyjemniej ogląda, a potem co z tego wszystkiego jest możliwe do zrealizowania (zwłaszcza biorąc pod uwagę „wspólne mianowniki”, jeśli jedzie się na urlop z kimś jeszcze). Nam wyszło, że polskie góry będą okej, o ile będzie w pobliżu towarzystwo dla córek, kąpieliska, place zabaw i szereg innych dziecięcych atrakcji.

Podczas letniego wyjazdu trafiliśmy na zdjęcie plaży we Władysławowie z 2 sierpnia. Ucieszyliśmy się z naszego wyboru.

Zdjęcia i fejsbukowe zajęcia

Dostępność technologii umożliwia fotografowanie pięknych chwil praktycznie zawsze i wszędzie. Ponieważ zazwyczaj mamy nasz smartfon w zasięgu ręki, gdy tylko nadarzy się jakaś wyjątkowa sytuacja, większość z nas automatycznie sięga po telefon lub aparat, by uwiecznić moment. Tym bardziej podczas wakacji, czyli okazji nietypowej, gdy odrywamy się od codzienności i jesteśmy w jakimś innym miejscu, robiąc niecodzienne rzeczy. Zastanawiam się nieraz, jak często potem oglądamy te zdjęcia zabytków, obrazów, nadmorskich zachodów słońca czy nas samych na tle pomników. Najczęściej nigdy, ewentualnie raz, tuż po powrocie z wakacji. A potem te zdjęcia zalegają na naszych urządzeniach, kartach pamięci i dyskach przenośnych.

Podczas wakacyjnego zwiedzania obszernej kolekcji prac Zdzisława Beksińskiego w sanockim muzeum miałem okazję zaobserwować szereg osób celujących swoimi w ikony z XVI i XVII wieku. Chciałbym wierzyć, że sztuka cerkiewna ma takie wzięcie, że po powrocie do domu ci wszyscy turyści z uwagą przestudiują sfotografowane dzieła sztuki w poszukiwaniu inspirujących detali.

Żyjemy w epoce dostępu. Niemal każdy zabytek czy dzieło sztuki możemy obejrzeć w sieci, i to w różnych ujęciach. Nie potrzebujemy pstrykać wszystkiego co popadnie jak japońscy turyści. Jak dla mnie, lepiej nasycić się widokiem na żywo, oddać refleksji, poczuć klimat, zamiast czekać aż inny turysta wyskoczy nam z pola zdjęcia czy aż słońce wyjdzie zza chmury. Do dziś pamiętam, jak setki rąk ze „świecącymi prostokątami” (zapożyczenie od Taco) zepsuły mi oglądanie wnętrza katedry Notre-Dame.

Warto zwrócić uwagę na to, że znajdując się w nietypowej sytuacji, na przykład przeżywając coś niezwykłego, próba odzwierciedlenia tej chwili na zdjęciu często może się skończyć fiaskiem. No bo szukanie fajnego kadru. Żeby oczy były otwarte. Żeby ta mina była bardziej tego. A to słońce tak ładnie się od tej wody odbiło. Żeby mieć to najlepsze ujęcie…  A szukanie najlepszego ujęcia najczęściej kończy się tym, że czar pryska, chwila mija, a my ją przeoczyliśmy wpatrzeni w ekran. I zostajemy z niedosytem albo irytacją.

Ale jest jeszcze inny aspekt seryjnego cykania fotek, czyli autopromocja w mediach społecznościowych. Czasy są takie, że wśród młodych ludzi często dobrze widziane jest umieszczenie w opublikowanie zdjęcia z X, przejażdżka do Y albo „zameldowanie się” w klubie Z. Pomaga to oczywiście zaznaczyć swój status społeczny i zebrać co nieco lajków lub komentarzy – wszystko w imię zaspokojenia podświadomej potrzeby akceptacji. Może czasem należy zastanowić się, kto jest beneficjentem naszych publikowanych zdjęć – my sami, nasza rodzina, a może koledzy w pracy, followersi, znajomi z czata?

Dolce far niente

Dolce far niente, czyli z włoska „słodkie nicnierobienie”, to koncept, który mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego doprowadzili prawie do miana sztuki. Nie ma on jednak związku z lenistwem i leżeniem cały dzień w łóżku. To raczej umiejętność cieszenia się z nierobienia niczego konkretnego. W przełożeniu na język wczasowicza oznaczałoby to na przykład pozbycie się chęci robienia ścisłych planów wycieczek typu „musimy pojechać tam, zrobić to, wypić to i to, zjeść tamto i sfotografować to i tamto”. Wystarczy nam przecież długich list zadań w pracy. Narzucając sobie jednak konkretne plany i ambitne tempo (że koniecznie must-see albo must-go-to), zmniejszajmy szansę na relaks, a tylko prowokujemy napięcie i stres.

Chociaż ciężko powiedzieć, że wyjazd w góry z dwulatką i czterolatką to wspaniała okazja na dolce far niente, to jednak w jakimś stopniu udało się nam ten koncept zrealizować. Nasze plany na dzień kształtowały się najczęściej rano, przy przedłużonej kawie i rozciągniętym śniadaniu, a powiedziałbym nawet, że ledwie szkicowały się. Pozwoliło to nam stopniowo wchodzić w tempo dnia i zostawiać szeroki margines na sytuacje nieoczekiwane i wszelkie awarie (rodzicom maluchów tłumaczyć nie trzeba).

Nieraz łapię się na tym, że do prawdziwego wypoczynku (choć krótkotrwałego) nie potrzeba mi nie wiadomo jakich wyjazdów. Relaksem może być dobra kawa na tarasie w odpowiednim nastroju, słuchanie muzyki podczas składania ubrań, oglądanie wyciszonych dzieciaków na huśtawce. Wakacje to stan umysłu – wielu tak mówi. I ma rację.

 

P.S. Wakacje wakacjami, ale wszyscy ucieszyliśmy się z powrotu do domu. Dziewczyny wróciły do swoich rutyn, ja miałem czas na proces domowej adaptacji przed pracą, zwanym przeze mnie „odpoczynkiem po wypoczynku”. Jedyne czego trochę żal, to tego ciemnego bieszczadzkiego nieba. Jak choćby w sierpniową noc spadających gwiazd, gdy szczęśliwie niebo rozchmurzyło się na wieczór, a ramię Drogi Mlecznej było wyraźne jak nigdzie indziej w Polsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *