Udostępnieni

Chyba bardziej niż kiedykolwiek w dziejach staliśmy się chętni do dzielenia się – swoim wizerunkiem, przemyśleniami, filmikami, przeczytanym newsem.

Znajomi zdecydowali się pobrać, więc założyli stronę o przygotowaniach do ślubu.

Kumpla rozbawił jakiś mem w sieci, więc przesłał go dalej – miałem obrazek na skrzynce nim kolega skończył się śmiać.

Koleżankę poirytowała kolejna zagrywka pewnego polityka, więc, wyjątkowo zbulwersowana, wrzuciła linka do artykułu na fejsbukową oś czasu.

Synek pewnej pary usiadł przy stoliku w Ikei i zaczął rysować. Jego ojciec podbiegł szybko zrobić mu zdjęcie komórką. Mówił żonie coś o tym, jak to „fajnie będzie wyglądać na Facebooku”.

Daleki znajomy bliskich znajomych, którego widzieliśmy raz w życiu na imprezie innych znajomych, ugotował makaron z suszonymi pomidorami. Bardzo mu smakował. Co więcej, dodał egzotycznej przyprawy, z czego był bardzo dumny. Dlatego w impulsie sfotografował danie, opatrzył je hasztagami i wrzucił zdjęcie na Instagram.

Znamy to wszystko, prawda?

Dzień w dzień docierają do nas miliony małych informacji, z których przytłaczająca część niewiele znaczy albo wręcz nic nie wnosi do naszego życia.

Nie mówię nawet o reklamach, którym poświęciłem osobne posty.
Chodzi mi o informacje, które wysyłają nasi bliscy, znajomi i ludzie z otoczenia. Które wysyłamy my sami.

Gdy coś nam się podoba – udostępniamy. Gdy coś nas inspiruje – udostępniamy. Gdy coś nas wkurza – to samo, podajemy dalej. Gdy coś nas zasmuca – tak, również udostępniamy.

Technologia sprawiła, że dzielenie się informacjami stało się banalnie proste. Jedno, dwa kliknięcia… i już poszło w sieć.

Nie kwestionuję intencji ludzi, którzy przerzucają się w sieci newsami, zdjęciami i filmikami. Świadomie czy nie, zazwyczaj mają pozytywne intencje – robią to, żeby rozbawić innych, uświadomić w ważnej (przynajmniej dla nich) kwestii, podzielić się swoim szczęściem lub zwrócić uwagę na globalny problem.

(O trollach i hejterach celowo nie wspominam, bo to inna kwestia).

Nadmiar informacji rodzi kilka problemów. Jasne, internet przyjmie i pomieści wszystko, ale czy należy to traktować jako wymówkę albo zaproszenie?

Problem #1: Utrata jakości

Czym więcej informacji, tym łatwiej nam dołożyć do kupki. Tym mniej uważnie je czytamy i mniej nad nimi myślimy. W końcu jest tyle innych rzeczy do zobaczenia i do zrobienia.

Czym gorzej czytamy i oglądamy, tym mniejsze mamy wymagania. Wiedzą o tym ci, którzy treść „produkują”. Brak starań o utrzymanie jakości komunikatu coraz częściej uchodzi autorom na sucho.

Najważniejsze jest sprowokowanie cię do kliknięcia i zerknięcia. Może wówczas dojrzysz z boku ekranu reklamowy baner. Może nawet w niego klikniesz. Może polecisz artykuł znajomym i za darmo zwiększysz zasięg reklamy.

Czym więcej udanych prowokacji, tym większy zysk „producenta treści” i nadawcy reklam.

Przy tym wszystkim staliśmy się społeczeństwem nagłówków. Dobrze, że nie półgłówków, ale kto wie, co przyniesie przyszłość?

Problem #2: Fake newsy

Zwiększona ilość informacji to idealny grunt pod fake newsy. Czym więcej się mówi i pisze na jakiś temat, tym bardziej prawdopodobne, że nie rozróżnisz informacji wiarygodnej od wyssanej z palca.

Zwłaszcza, jeśli tkwisz w filtrującej bańce.

Niedawno w sieci popularność święcił filmik o tym, jak to rzekomo możesz sprawdzić, czy twoje jedzenie jest sztuczne. Albo jakie niesamowite sztuczki możesz zrobić z jedzeniem. Kilkoro znajomych już zdążyło się nimi ze mną podzielić przez media społecznościowe. Choć materiał wygląda sensacyjnie, znaczna większość informacji to bzdury lub gruba przesada.

Za produkcją krótkiego filmu stoi firma First Media Blossom. Skrupulatnie tworzy materiały w tym celu, żeby stały się tzw. wiralami i ściągały ludzi na stronę.

Zgadnij, z czego ta firma się utrzymuje.

(W razie co, podpowiedź w punkcie #1).

Problem #3: ptywatność do obrzydzenia

Czym więcej publikujemy informacji o sobie, tym bardziej zacieramy naszą prywatność. Kilkanaście lub kilkadziesiąt radosnych zdjęć z wakacji? Znamy. Fotka dziecka ze spaceru udostępniana co dwa dni? Znamy. Selfie z kanapy w dużym pokoju? Też znamy. I podchmielone zdjęcia z letniego grilla również.

Czym więcej narzucasz się swoją osobą, tym mniej będzie to innych obchodzić (no, chyba że najbliższych). Może też być tak, że nawet zaczęłaś/zacząłeś już ich irytować. Całkiem niezależnie od twoich intencji, które prawdopodobnie były pozytywne.

Trzeba też pamiętać, że co zostaje w sieci, zostaje w niej na zawsze. Pomyśl o tym, gdy będziesz szukać nowej pracy, gdy poznasz nowych znajomych, gdy zmienisz partnera/partnerkę, gdy zmieni się twój status społeczny. Czy nadal będziesz chciał/a utożsamiać się z tym, co już opublikowałeś/aś?

Sharing is caring, mówią niektórzy.

Tak, ale chyba lepiej podzielić się posiłkiem, dobrą radą lub wypłatą, niż setnym newsem lub zdjęciem z łazienki.

Problem #4: Sharenting

Sharenting to dość nowe słowo, oznaczające w wolnym tłumaczeniu „rodzicielstwo przez udostępnianie” (połączenie angielskich słów sharing i parenting). Termin ten odnosi się do umieszczania w sieci w dużych ilościach zdjęć swoich dzieci, nierzadko w intymnych momentach.

W dwóch słowach: nie polecam.

Gwyneth Paltrow wrzuciła na Instagram zdjęcie z zimowego wypadu ze swoją córką. Z komentarza jej dziecka pod fotografią można wywnioskować, że zrobiła to bez pytania, bez świadomości córki, a co więcej – że obie miały wcześniej rozmowę na ten temat.

Gwiazda filmowa jednak nie widziała problemu, bo córka miała na zdjęciu narciarskie gogle. Co zaznaczyła w odpowiedzi na komentarz.

Rodzice coraz częściej myślą, że dysponują prywatnością i wizerunkiem swoich dzieci według własnego uznania. Otóż nie. Ich zadaniem jest ochrona tej prywatności, a nie dowolność korzystania.

Umazane czekoladą dziecięce buzie nie znajdą uznania w oczach rówieśników z klasy za kilka lat w szkole. Zdjęcie z wanny na Facebooku to też nienajlepszy pomysł.

Problem #5: Cyberbezpieczeństwo

Czym więcej publikujesz informacji o sobie, tym łatwiej cyberprzestępcy są w stanie ustalić lub ukraść twoją tożsamość. W dzisiejszych czasach to naprawdę żaden problem zaatakować cię, jeśli nie stosujesz porządnych zabezpieczeń lub działasz online bez ostrożności i refleksji.

Zapewne domyślasz się, że nieautoryzowane wejście na twój fejsbukowy profil to najmniejszy wymiar kary.

 

*
Natłok informacyjny to oczywiście nie tylko nasza wina. W dużej mierze stoi za tym ktoś inny (lub coś innego). Technologia, konsumpcjonizm, działy marketingu wielkich firm, politycy, internetowe trolle i inni.

Mimo to warto zastanowić się, czy i my niepotrzebnie nie dokładamy „cegiełek”.

Po sobie wiem, że przeglądanie Facebooka czy portali informacyjnych powoduje u mnie więcej szkody niż pożytku. Stres, irytacja, zmęczenie – to tylko niektóre skutki uboczne, których doznałem.

Jeśli lekkomyślnie dorzucamy swoje trzy gorsze, być może przyczyniamy się do tych właśnie objawów u naszych bliskich.

Świadomość, umiar, wartościowa treść – tylko o to proszę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *