Cyfrowa równowaga. Porady niedoszłego mistrza zen

O tym, jak prawie stałem się zen w pracy

Zdarzyło mi się wygrać kiedyś smartfona w konkursie organizowanym przez magazyn o rozwoju osobistym. Konkurs stał pod hasłem „Jak być zen w pracy” (cokolwiek to znaczyło – sponsorom zależało przede wszystkim na nawiązaniu do serii lansowanego produktu). Temat mnie zaciekawił, w dodatku uważałem, że była mi wtedy potrzebna wymiana laptopa. Napisałem wiec kilka zdań od siebie, które dobrze do siebie pasowały i niosły ze sobą rozmaite odniesienia kulturowe. Okazało się, że wygrałem jedną z trzech nagród. Co prawda nie laptopa, a telefon, lecz przyjąłem go równie ciepło, ponieważ rzadko wygrywam cokolwiek.

W konkursowej wypowiedzi pisałem o tym, w jaki sposób można stworzyć lepsze warunki do pracy i biurze. Wówczas nie byłem jeszcze tak bardzo zdyscyplinowany jak mistrz zen (choć wygrana w pewnym sensie ustanowiła mnie nim); na tamten moment jedynie wiedziałem, co trzeba zrobić, żeby takim mistrzem zostać. Cóż, do dzisiaj nie osiągnąłem tego pułapu, ale gdyby jakiś mistrz zen poszukiwał asystenta lub specjalisty do spraw równowagi w miejscu pracy, moje CV przeszłoby z miejsca do następnej rundy. Czytaj dalej Cyfrowa równowaga. Porady niedoszłego mistrza zen

My Why – czyli jak do tego doszło (cz. 3)

Praca nad sobą to praca bez końca. Najwyraźniej o tym zapomniałem, bo zacząłem marginalizować problemy. Mamy jesień 2017 roku i wróciłem niemalże do punktu wyjścia. Nie jest tak źle, jak już bywało, ale mózg i ciało ponownie wysyłają przedziwne sygnały ostrzegawcze.

W skali Holmesa i Rahe nadal pozostaję na poziomie 300+. W poprzedniej pracy mniej więcej co rok zmieniało się moje stanowisko na inne, każde z większą dynamiką zadań i odpowiedzialnością. Zaczęło mnie to obciążać nerwowo. Teraz, co prawda, zmieniłem pracę na mniej stresogenną, w dodatku z idealnym zakresem obowiązków, ale to wciąż kolejna zmiana otoczenia.

W domu mamy już dwie córki – od ponad roku jest z nami Amelia. Tak, jak w przypadku starszej pociechy, pojawienie się dziecka w naszym domu wiązało się z rozmaitymi, trudnymi okolicznościami. Ponadto zaniedbałem zdrowy tryb życia, z każdym miesiącem coraz rzadziej grałem w squasha lub słabiej motywowałem się do wsiadania na rower. Przytyłem – głównie w wyniku niewłaściwej diety, ale też nieregularnych posiłków lub skłonności do słodyczy i przekąsek. Czytaj dalej My Why – czyli jak do tego doszło (cz. 3)

My Why – czyli jak do tego doszło (cz. 1)

Nie umiem dokładnie powiedzieć, kiedy to się zaczęło, ale jestem w stanie wskazać moment przełomowy. Mam na myśli sytuację, po której stwierdziłem z całą pewnością, że coś jest nie tak.

Jesień 2015 roku. Skończyliśmy właśnie z żoną grabić liście sprzed naszego domu. Wróciłem do środka, żeby ogarnąć jeszcze kilka rzeczy w ramach sobotniego sprzątania i naszykować kolację dla naszej (wówczas niespełna dwuletniej) córki, Wiktorii. Ta w tym czasie – razem z mamą – bawiła się jeszcze na dworze przed nastaniem zmroku. Wspominam, że byłem na piętrze, ściągałem pranie z suszarki. Zauważyłem, że Wiki zaczynała się nudzić, stawała się marudna i coraz głośniejsza. Zawołałem przez okno, by podeszła do drzwi wejściowych. Od razu zszedłem na dół, wpuściłem ją do przedpokoju i tam o coś zapytałem. O co dokładnie – teraz już nie pamiętam. Chyba miało to związek ze zdjęciem kurtki lub butów. Wiem jednak, że mnie samego zdziwiło to pytanie, a raczej sposób, w jaki je zadałem. Czytaj dalej My Why – czyli jak do tego doszło (cz. 1)