W poszukiwaniu paradygmatu szczęścia

Najpierw cię o coś zapytam: czego konkretnie życzysz swoim bliskim, gdy życzysz im szczęścia?

Mam na myśli szczęście jako trwały stan ducha, a nie o fart na loterii.

A więc?

*

W dzisiejszym świecie należy być szczęśliwym. Nie wypada się smucić. Zarówno bierna, jak i aktywna zgoda na cierpienie uznana może być za jaskrawy przejaw słabości, brak wyczucia albo nieznośny, ekshibicjonistyczny masochizm.

Przy ważnych okazjach, jak urodziny czy święta, poza „wszystkim najlepszym” życzymy sobie zazwyczaj zdrowia i właśnie szczęścia. W mediach społecznościowych większość twoich znajomych stara się pokazać, że jest szczęśliwa, w najlepszym razie udowadnia, że faktycznie znajduje się w tym stanie.

Nagłówki artykułów i tytuły setek książek sugerują, że szczęście to coś na wyciągnięcie ręki. Że to najczęściej kwestia kilku(nastu) kroków, które należy wdrożyć, by nagle zmienić swoje życie na lepsze i osiągnąć trwałą satysfakcję. Na przykład dobra dieta. Ćwiczenia fizyczne. Przyjaciele i rodzina. Dobra lektura na świeżym powietrzu. Joga lub medytacja. Wyjście na miasto. Piknik z partnerem. Rzucenie pracy w korporacji i otwarcie sklepu na wsi z ręcznie robionymi obrusami. Wszystko to oczywiście w dany sposób, w określonych kombinacjach, z masą detali i wskazówek.

Innymi słowy: po zrobieniu tego i owego osiągniesz szczęście.

I tu znowu mam problem – czyli że co konkretnie osiągnę?

Język dostarcza nam przy okazji pewnej „zagwozdki”. Czy synonimem szczęścia jest radość, zadowolenie, euforia? Z braku laku można się wspomóc tymi określeniami przy opisie odczuwania szczęścia, choć słowa te raczej tyczą się odczuwania w krótkim przedziale czasowym. Trudno o kogoś non-stop radosnego, a euforia to przecież stan chwilowy. Konia z rzędem temu, kto wskaże osobę okazującą oznaki ciągłego zadowolenia, zwłaszcza w naszym kraju męczenników i narzekań.

Być może więc (trwałe) szczęście to raczej satysfakcja z życia, której towarzyszy optymizm i pogoda ducha? Brzmi jak całkiem sensowna definicja oddająca naturę szczęścia w ujęciu ogólnym. O ile oczywiście przyjmiemy, że owa trwałość nie oznacza każdej minuty, każdej godziny, każdego dnia i tygodnia – tylko ciągłość określonego stanu na osi czasu w nieokreślonych (ale w miarę regularnych) odstępach, przy czym te punkty na osi byłyby dominującymi ilościowo. Tyle że ten przypis – choć dla mnie niezbędny – zabija czytelność definicji.

Potocznie często mówimy, że jesteśmy szczęśliwi w sytuacjach stosunkowo małej wagi (np. „zdobyłam bilety na Męskie Granie”, „wreszcie uprzątnąłem garaż i mam spokój”), pomijając słowa bardziej adekwatne (jak choćby wspomnianą „radość” czy „zadowolenie”). To tylko utrwala semantyczne rozmycie, które powoduje, że szczęście wydaje się nam czymś codziennym, łatwo dostępnym. Zwyczajnym.

Filozofowie i teolodzy zajmują się naturą szczęścia już od czasów starożytnych. Arystoteles twierdził, że szczęście (eudajmonia) to nic innego, jak działanie w zgodzie z naturą. Epikurejczycy „chwytali dzień” i szukali sposobów na czerpanie z życia przyjemności, a hedoniści poszli jeszcze dalej, traktując permanentne przyjemności jako wartości nadrzędne. Sokrates i Platon zaś szczęściem określali stan poczucia doskonałości własnego życia. Według Tomasza z Akwinu szczęście absolutne to kontakt z Bogiem. Dla muzułmanów szczęściem jest życie w zgodzie z wolą Allaha. Buddyści zaś widzą życie jako nieustające pasmo cierpień, a prawdziwe szczęście możliwe jest tylko po porzuceniu wszystkich pragnień.

Idąc dalej tropem pragnień, Abraham Maslow, amerykański psycholog, w 1943 roku wprowadził model hierarchii potrzeb (tzw. piramida Maslowa), zgodnie z którym każdy człowiek dąży do zaspokojenia konkretnych potrzeb (fizjologicznych, bezpieczeństwa, miłości, szacunku i uznania, samorealizacji). Choć teoria była podważana na kilku płaszczyznach, badania po wojnie dowiodły istnienie uniwersalnych ludzkich potrzeb, tyle że do dziś można się spierać o ich ilość i rozumienie.

Można więc wysnuć wniosek, że człowiek może być szczęśliwy dopiero wtedy, gdy zaspokoi wszystkie uniwersalne pragnienia, począwszy od najniższych aż do najwyższych – co zbliża nas do poglądów Arystotelesa czy Epikura na temat eudajmonii.

Można też przejść się do empiku i sprawdzić, jak się robi szczęście za granicą. W 2016 roku kluczem do sukcesu w tej dziedzinie było zrozumienie duńskiego słowa hygge. Rok później okazało się, że jak szczęście, to tylko po szwedzku, czyli drogą lagom. W tym roku wiemy, że idealną metodą na osiągnięcie długiego i szczęśliwego życia jest ikigai, którego (długo) żyjące dowody mieszkają na Okinawie. A wychowywać dzieci należy wyłącznie po holendersku, bo wtedy na pewno urosną szczęśliwe.

Coś jednak musi być w skandynawskich (a właściwie nordyckich) krajach, skoro od kilku lat ludzie w nich mieszkający uznawani są za najszczęśliwszych na świecie – według raportu World Happiness Report, inicjatywy ONZ pod szyldem Sieci Rozwiązań na rzecz Zrównoważonego Rozwoju. Raport przeprowadzany jest w oparciu określone czynniki, takie jak PKB per capita, pomoc socjalna, długość życia, wolność życiowych wyborów, percepcja korupcji czy szczodrość. Polacy w 2018 roku znaleźli się na 42. miejscu, co plasuje nas między Bahrajnem a Nikaraguą. Tymczasem kraje jak Dania, Islandia, Szwecja, Norwegia czy też Finlandia (tegoroczny zwycięzca) regularnie znajdują się w ścisłej czołówce rankingu publikowanego od 2012 roku.

Z trendami typu hygge czy lagom, skrojonymi – mam wrażenie – głównie na potrzeby marketingowe, mam ochotę co nieco polemizować. Z drugiej strony jednak, w każdej z nich znajdzie się sporo uniwersalnej prawdy, tyle że podanej w egzotycznej zupie. (Być może w ciągu kilku następnych tygodni spróbuję się zmierzyć z którąś z popularnych książek w tym temacie i jakoś się ustosunkować, by zwalczyć uprzedzenie).

Pewnie, ktoś może powiedzieć, że o szczęście łatwo, jak ma się za co żyć. To prawda, finanse odgrywają istotną rolę – dlatego też znajdują się na liście czynników wyżej wspomnianego raportu. Nie znaczy to jednak, że muszą one odgrywać główną rolę. Ciekawe badanie Richarda Easterlina wykazało, że mimo iż wewnątrz danego społeczeństwa ludzie o wyższych dochodach wykazują wyższy poziom satysfakcji z życia, efekt ten nie istnieje pomiędzy krajami o różnych poziomach dochodów, a w krajach powyżej pewnego stopnia zamożności wzrost dochodów w czasie nie wywołuje wzrostu satysfakcji (cyt. Wikipedia).

Wytłumaczenia powyższej teorii, czyli tzw. paradoksu Easterlina, podjął się Staffan Linder. Zauważył on następujący konflikt: wraz ze wzrostem dochodów satysfakcja z życia rośnie, ale powyżej pewnego poziomu dochodów ludzie przestają być w stanie zwiększyć poziom swojej (szeroko pojętej) konsumpcji, ponieważ nie wystarcza im na to czasu (cyt. Wikipedia).

Easterlin zaś zaproponował inne wytłumaczenie – ludzie dopasowują swoje aspiracje do poziomu dochodów. Oznacza to, że po osiągnięciu pewnego pułapu, przy dalszym wzroście dochodów adekwatnie wzrastają pragnienia i aspiracje, czego skutkiem jest brak zmian na poziomie zadowolenia z życia.

Daje do myślenia, prawda?

*

Według mnie szczęście, mimo wszystko, na zawsze pozostanie pojęciem nieuchwytnym. Ocieramy się o jego zrozumienie, po czym rozbijamy na falach wieloznaczności, naukowych badań, indywidualnych predyspozycji i światopoglądów.

Można pójść na łatwiznę i uznać szczęście za intuicyjny, główny i ostateczny cel ludzkiej natury. Albo przynajmniej za kierunek wszelkich dążeń – tak jak chcą od tego specjaliści od marketingu, trenerzy osobiści, producenci, politycy, dietetycy i celebryci. Rzuć to i bądź wreszcie szczęśliwy! Przeczytaj ten poradnik i osiągnij upragnione szczęście! Sześć łatwych sposobów na pełnię szczęścia w tydzień! Kup wycieczkę i poczuj, co to znaczy być szczęśliwym!

Tylko że oznaczałoby to zgodę na subtelny przymus przyjęcia czyjejś wizji, jawnie marginalizującej wartość takich doświadczeń, jak cierpienie, brak, smutek, rozczarowanie i wiele innych, które kształtują nasz charakter i wzmacniają życiową odporność. Kusi mnie, by rzec w tym miejscu, że traumy i porażki tak dobrze się nie sprzedają. No chyba że w kinie.

Ja sam usiłuję nie fiksować się na punkcie dążenia do szczęścia za wszelką cenę. Staram się uczyć na błędach, przyjmować bolesne doświadczenia z godnością i refleksją, szukając we wszystkim zdrowego balansu między pozytywami a negatywami.

Oczywiście, że lepiej się czuję będąc po stronie pozytywnej. Jasne, szczęście to wspaniały stan (niezależnie od definicji), do którego ogromna większość ludzkości dąży automatycznie. A stan ten wydaje się o wiele łatwiejszy do osiągnięcia, gdy odnajdziemy takie jego znaczenie, z którym my sami będziemy się w pełni utożsamiać.

Tyle tylko, że każdy medal ma swój rewers. Nie możemy wszyscy być szczęśliwi, byłoby to myślenie utopijne i nielogiczne. Stalibyśmy się społeczeństwem ułomnym, ubogim duchowo i nieporadnym w zderzeniu z nieodwracalnością pewnych zjawisk. Sam pomysł jest paradoksem – jak mecz piłkarski, w której obie drużyny jednocześnie wygrywają.

Przypomina mi się historia Siddharthy Gautamy z czasów zanim został Buddą. Jego ojciec, wielki król Indii, przez długie lata przetrzymywał go w murach pałacu, chroniąc przed widokiem problemów świata, jednocześnie dbając o jego zdrowie i nieustanne doskonałe samopoczucie. Miał bowiem nadzieję, że syn po prostu stanie się następcą tronu, a nie przywódcą duchowym, jak to przewidział chłopcu pewien jasnowidz. A to właśnie przypadkowe poznanie przez Siddharthę zjawiska nędzy, choroby i śmierci stało się kluczowym doświadczeniem, inspirującym młodego księcia do podążania drogą duchową, która – jak wiemy – zwieńczona została Oświeceniem, ogłoszeniem podstawowych nauk buddyzmu, a ostatecznie – nirwaną. Nie oznacza to, że komukolwiek życzę doznawania cierpień czy porażek.

Rozsądnej proporcji między biegunem dodatnim i ujemnym, dostosowanej do indywidualnych możliwości – tego życzę.

Jak to ujął Tadeusz Różewicz: biel / najlepiej opisać szarością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *