Święty spokój (zwiastun)

Kiedy byłem nastolatkiem, myślałem o samobójstwie co najmniej dwa razy na tydzień.

Pamiętam, że wielokrotnie leżałem w łóżku i, zaciskając zęby, zastanawiałem się, jak najlepiej to zrobić. Dojścia do psychotropów nie miałem. Broni palnej mój kolega z liceum pewnie by mi nie pożyczył, zresztą nawet nie umiałbym się nią posłużyć.

Najsensowniejsze było wyskoczenie z okna – mieszkałem na piątym piętrze. Mój blok był bardzo blisko dworca. Poza tym chodziłem „na tory” z psem na spacer, więc opcja rzucenia się pod pociąg była jakąś alternatywą. Ostatecznie przy torach zginął mój pies, nie ja.

W mojej rodzinie nie notowano przypadków depresji ani chorób psychicznych, także można rzec, że nie byłem „genetycznie uwarunkowany” do odebrania sobie życia.

Pochodziłem z dobrego domu, choć – jak to w sąsiedztwie dworców bywa – nie wszystkie rodziny w okolicy świeciły przykładem. Delikatnie mówiąc. Mimo że „na zewnątrz” niczego mi nie brakowało, z samopoczuciem i tak bywało różnie.

Na pewno jednego było w naszym domu zdecydowanie za dużo: nerwów.

Rodzice mieli bardzo stresogenne prace oraz charaktery z dwóch biegunów. Choleryk oraz podręcznikowa introwertyczka. Podobny rozrzut w rodzeństwie – ja byłem raczej cichym gburem, a siostra głośnym, słodkim trzpiotem w centrum uwagi.

Gdy spędzasz z kimś wiele czasu, mając w dodatku zupełnie inne charaktery, konflikty stają się nieuniknione. Zwłaszcza, jeśli nikt w domu nie umie rozmawiać o problemach i uczuciach w umiejętny sposób.

Stres moich rodziców, a raczej jego konsekwencje, bardzo silnie na mnie oddziaływały. Do dziś zresztą mam tę przypadłość, że wchłaniam negatywne emocje najbliższych jak gąbka.

Tym samym przesiąkłem nerwowością od dziecka. W rozmowie, w gestach, w kontakcie wzrokowym. Odbijało się to na moich relacjach w liceum, także podczas studiów. Zdawałem sobie sprawę z tego, że potrafiłem się nieraz zachować w towarzystwie jak nieprzystosowany dzikus. Jakbym sabotował swój prawdziwy wizerunek. W sumie nadal nie do końca wiem, dlaczego.

Skłonność do wpadania w złość lub agresję została mi aż do dziś, choć uczę się nad sobą panować. Za czasów nieumiejętnego (jak widać) planowania samobójstwa kompletnie nie umiałem sobie poradzić z gniewem. Dojrzewanie tylko podkręcało słabości.

Regularne treningi kung-fu były wówczas sensowną odpowiedzią dla chłopaka z siódmej klasy. Gdy wypluwa się płuca i odczuwa regularnie zakwasy w każdej części ciała, o wiele łatwiej sobie radzić z hamowaniem agresji. A jeśli idzie za tym jeszcze ideologia buddyjska i medytacja, da się ją całkiem nieźle oswoić i kontrolować.

Mój instruktor z tamtego czasu, Arek, nie żyje już od kilkunastu lat. Zmarł ponoć w trakcie medytacji. Zarówno ja, jak i moi koledzy czy koleżanki, straciliśmy mentora. Jedyną osobę, która umiała zapanować nad naszym emocjonalnym nieprzystosowaniem i źle ukierunkowaną złością. Mimo śmierci trenera, wiele nauk i nawyków z tamtych lat pozostało w naszych sercach do dziś.

Po latach treningów rzucenie się z okna odłożyłem na później. Z czasem stało się jasne, że nigdy bym sobie życia nie odebrał, po prostu nie umiałem sobie radzić z uczuciami, nerwami i problemami. Prawdopodobnie większość nastolatków przeżywała i nadal przeżywa podobne rozterki.

W liceum poznałem dziewczynę, która z jakiegoś powodu zainteresowała się mną. Byłem wtedy w szczycie formy, a na zewnątrz sprawiałem wrażenie opanowanego i rozważnego. Nie upijałem się na szkolnych wycieczkach, miałem fajne hobby. Tak zwany: dobry chłopak z przyzwoitej rodziny.

Zaczęliśmy się spotykać. Konsekwentnie uczyła mnie rozmawiać o problemach i trudnych tematach. Nie przestałem od razu wpadać w niepohamowany gniew. Kiedyś, po otrzymaniu kolejnej jedynki z chemii, tak mocno uderzyłem w ścianę, aż pękła mi kość śródręcza. Typowe „złamanie bokserskie”. Gdy pierwszy raz całowaliśmy się, nosiłem jeszcze gips po tamtym wyskoku.

Dzięki tej dziewczynie coś drgnęło. Zacząłem nad sobą pracować; zrozumiałem, że będąc introwertykiem, otworzenie się to wprawdzie wielkie wyzwanie, ale wyzwanie konieczne – inaczej nerwy zżerałyby mnie od środka. W końcu mógłbym implodować, zrobić sobie lub komuś nieumyślną krzywdę.

Czasami mówiła o Bogu, o Jezusie Chrystusie. I to w taki sposób, w jaki nikt wcześniej do mnie nie mówił. Dojrzale i z uczuciem. Bez nacisków. Akurat tego wtedy potrzebowałem. Borykałem się wówczas z kwestiami religijnymi. Wychowany byłem jako typowy „niepraktykujący katolik”, czyli ochrzczony, bierzmowany, a do kościoła ani zachęcany, ani zniechęcany. Innymi słowy, w kościele widziano mnie tylko ze święconką.

W tamtych czasach trudno mi było złapać „Bożą iskrę”, chociaż czułem podskórnie, że kwestia duchowości jest dla mnie ważna. Jedynym przewodnikiem, choć niekoniecznie duchowym, był właśnie Arek, mój sifu. Choć sam był buddystą, nigdy nas nie zachęcał do przyjęcia tej religii. Odnosił się jednak do światopoglądu adeptów klasztoru Shaolin, wyciągał z niego to, co uniwersalne i dobre. W tamtych czasach bardzo to do mnie trafiało, a wiele dalekowschodnich myśli szanuję do tej pory.

Ostatecznie nie zostałem jednak buddystą, choć swego czasu poczyniłem ku temu pewne kroki. Z inicjatywy mojej ówczesnej dziewczyny otworzyłem się na Słowo Boże. Reszta już potoczyła się sama. Przynajmniej w pewnym sensie „sama”. W sumie to ta „reszta” toczy się nadal, nabierając rozpędu.

Dzisiaj ja i tamta dziewczyna jesteśmy małżeństwem. Mamy dwie kochane córki, a ja – pierwszy raz od dawna – zaczynam czuć spokój. Mimo szaleństwa i pędu, który mnie otacza na każdym kroku. Prawdziwy, trwały spokój.

*

Ten wpis to nie świadectwo. Co najwyżej prolegomena do dalszych rozważań na temat szukania spokoju i ucieczki od niepotrzebnego stresu. Skromne studium przypadku z równie skromną analizą kontekstu. Dowód na to, że idąc różnymi drogami, zawsze jest szansa na trafienie na odpowiednią dla siebie ścieżkę. Taką, która jest dobrze oświetlona, oznaczona i prowadzi we właściwe miejsce. Czego Tobie, która/y czytasz ten tekst, z całego serca życzę.

*

Te słowa to także podziękowanie – jeśli tylko to czytasz, kochana Żono – za te wszystkie duchowe zrywy, których byłaś inspiracją. Z całą pewnością nie byłbym w tym miejscu, gdyby nie Ty.

A kto za Tobą stał, to już inna sprawa.

2 Replies to “Święty spokój (zwiastun)”

  1. Och, wzruszyłam się, dawno nie czytałam tak pięknego świadectwa. Od początku zastanawiałam się, czy jesteś wierzący- ulżyło mi 🙂 Dobrze wiedzieć, że Twoje rady na temat produktywności i upraszczania ziemskiego życia są oparte na solidnym fundamencie z perspektywą wieczności.
    Zostańcie z Bogiem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *