5 rzeczy, których nauczyłem się dzięki szkolnym bójkom

„Musisz umieć się bić”. Prędzej czy później, to zdanie usłyszą synowie od swoich ojców.

Imię dostałem po panu Wołodyjowskim, a nie po archaniele, choć wolałem wtedy myśleć na odwrót (ze względu na moje rozmiary w dzieciństwie druga opcja była bardziej logiczna). W każdym razie dzielny szlachcic z szablą też był OK.

Częstym mottem mojego wychowania było: „Jeśli się ludzie nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali”, które pochodzi z ust sienkiewiczowskiego bohatera. Tak jak małemu rycerzowi, i mnie ojciec często powtarzał tę myśl. Brzmi jak przepis na podwórkowego gnojka, w moim przypadku jednak cel ostateczny był szlachetny – gdy przyjdzie odpowiednia chwila, miałem umieć obronić swoją rodzinę.

Pamiętam, że od wczesnych lat tata uczył mnie „radzić sobie” z innymi chłopakami. Gdzie kopnąć, jak założyć podstawową dźwignię, jak ułożyć głowę przy „dyńce”. Kilka razy nawet sparowaliśmy, ale odkąd niechcący solidnie podbiłem mu oko, nauka stała się mniej kontaktowa, a bardziej teoretyczna.

Nazwijmy rzecz po imieniu – przez większość podstawówki miałem sporą nadwagę. W piątej klasie zacząłem nosić okulary. Z jakiegoś powodu rodzice wybrali mi wielkie rogowe bryle. Może teraz jest inaczej, ale w czasach mojego dorastania „piksy” nosiły tylko kujony i klasowi nieudacznicy. Taka była przynajmniej szkolna percepcja. Dodam jeszcze, że moja mama uczyła w tej samej podstawówce, do której uczęszczałem.

Gruby okularnik z mamą w szkole. Autorytet: zero. Poziom trudności: zaawansowany.

Doskonale wtedy wiedziałem, że znajomość samoobrony z całą pewnością mi się przyda (raczej prędzej niż później).

Miałem rację.

Przez szkolne lata wdałem się w kilkanaście bójek, ale kilka z nich było naprawdę ważnych. Te lekcje zostały ze mną na lata i pamiętam je do dziś.

Lekcja pierwsza: Daniel

Daniel był najsilniejszym i najbardziej agresywnym chłopakiem w naszej klasie i w klasach równoległych. Nie pękał nawet przed tymi o rok lub dwa lata starszymi, choć startował do nich nie bez obaw. Autorytet wyrabiał sobie siłą. Wychodziło mu to niezwykle skutecznie.

Z Danielem przez pierwsze lata szkoły na swój sposób się lubiliśmy i szanowaliśmy. Mieszkaliśmy blisko siebie, w marnej okolicy, obaj mieliśmy nadwagę i ojców chowających nas na twardych mężczyzn. W ostatnich latach szkoły byliśmy już bardzo dobrymi kumplami w czteroosobowej „paczce”.

Wielokrotnie biliśmy się na przerwach, zazwyczaj były to takie przyjacielskie solówki na pół gwizdka. Pamiętam, że wymykaliśmy się do szkolnej toalety, by doskonalić się w walce. Byłem jedynym chłopakiem w klasie, który przyjmował te niecodzienne propozycje sparingu.

Daniel zawsze okazywał się trochę lepszy. Miał to coś, że nie bał się oberwać, za nic nie odpuszczał.

Gdy skończyliśmy podstawówkę, dowiedziałem się, że ojciec Daniela cały ten czas terroryzował go psychicznie, a także swoją żonę. Pewnego razu Daniel chwycił w amoku nóż z zamiarem zabicia ojca podczas awantury domowej, ale ostatecznie pozwolił, żeby ojciec mu tę broń odebrał.

Spotkał się ze mną po skończeniu podstawówki. Wpuściłem go do mieszkania, ale tak śmierdział przetrawionym tanim winem, aż zaproponowałem, żebyśmy wyszli z psem na spacer.

W tamtym czasie Daniel był już regularnym członkiem kibolskich bojówek. Mówił, że ten moment podwyższonej adrenaliny przed walką przynosi mu ulgę. Opowiadał jeszcze o innych pokręconych rzeczach, o których mnie i moim kumplom się nawet nie śniło, a on już w tym głęboko siedział.

Parę miesięcy później trafiłem na niego, gdy sprzedawał komuś narkotyki. Nie zauważył mnie. Skręcił rowerem w P-ą, jedną z najgorszych ulic w mieście, i to był ostatni raz, gdy go widziałem.

Od Daniela nauczyłem się, że agresja bywa niestety odpowiedzią na bezradność. Że staje się językiem, którym posługujesz się nie tylko po to, by wyrobić sobie szacunek, ale także po to, żeby nawiązać relację. Czyż nie zaczynać mówić tym językiem, z którym stykasz się najczęściej? Tym, który wynosisz z domu?

Lekcja druga: Remi

Remi to drugie imię Janka, ale właśnie tak kazał na siebie wołać. Gdy już wszyscy przyzwyczaili się do Remiego, po latach zmienił zdanie, na powrót zostając Jankiem. Był dziwnym chłopakiem, ale tylko trochę. Rodzice robili karierę, on próbował odnaleźć się w relacjach z rówieśnikami.

Któregoś razu przekomarzaliśmy się. Nic istotnego. W końcu odwróciłem się od niego i ruszyłem korytarzem. Podbiegł do mnie i z zaskoczenia kopnął mnie w plecy. Chyba się nawet wywróciłem.

Wściekłem się momentalnie. Nie dlatego, że mnie zaskoczył czy powalił, ale dlatego, że zaatakował mnie po frajersku. Cóż, chłopaki w szkole też mają swój kodeks.

Po udanym ataku Remi wycofał się, ale ja nie zmierzałem mu tego darować.

Cała klasa była świadkiem mojego – jak się później okazało: legendarnego – prawego sierpowego. Remi przyjął ten cios bez uniku, jak zasłużoną karę. Wiem, że wszyscy mi wtedy sprzyjali, a cios był na tyle imponujący, że do końca roku zbierałem za niego owacje.

Zadzwonił dzwonek i zaczęliśmy lekcję polskiego. Remi krwawił jak zarzynany prosiak. Gdy wychowawczyni wywołała go do odpowiedzi, strwożyła się na widok napuchniętej twarzy i papierowego gałganu przytkniętego do nosa. Zapytała, co się stało, a ja już wizualizowałem sobie, jak nauczycielka idzie na skargę do mojej matki. To miał być oficjalny koniec planowania świadectwa z czerwonym paskiem – ocena za sprawowanie musiała być zaniżona.

Tymczasem Remi powiedział, że… potknął się i uderzył o ścianę. Że nic mu w sumie nie jest, tylko trochę krew leci. Takiej lojalności i bohaterstwa nikt z nas się po nim nie spodziewał.

Wychowawczyni rozejrzała się po klasie. Ani jedna dusza nie myślała się odezwać. Dokładnie pamiętam tamtą ciszę. Nauczycielka nie uwierzyła, to jasne, ale w końcu ze zrozumieniem odpuściła.

Po lekcji Remi podszedł do mnie i przeprosił, co było sporym zaskoczeniem. Nikt nie był bardziej lub mniej winny, obaj zachowaliśmy się idiotycznie.

Rozbroił mnie jednak całkowicie słowami: „Ale mnie walnąłeś! To był naprawdę super cios! Zazdroszczę!”

Zdębiałem. Ja też go przeprosiłem. Nie byliśmy jakimiś wielkimi kumplami, ale odtąd między nami nigdy już nie było sporu. Został wzajemny szacunek.

Od Remiego nauczyłem się, że wygrać można nawet po przegranej konfrontacji. Wystarczy, że honorowo uznasz winę i/lub porażkę, a już na zawsze zachowasz twarz (nawet jeśli trochę pokiereszowaną).

Lekcja trzecia: Jean-Paul

Jean-Paul, czyli Janek, dołączył do nas w piątej klasie. Wyrazista, pewna siebie postać. Uczył się bardzo dobrze, ale w obyciu bywał zazwyczaj niepokorny – zarówno wobec nauczycieli, jak i rówieśników. Typowego kujoństwa nie mogliśmy mu więc zarzucić. Dziś jest wielkim mózgiem na uniwersytecie w Stanach na wydziale biochemii i biologii molekularnej.

Pochodzenie Janka było, jak na nasza miarę w tamtych czasach, egzotyczne. Jego ojciec pochodził z Libanu, a przez jakiś czas mieszkał z rodziną w Stanach. Myślę, że Janek obawiał się trudów adaptacji, więc zgrywał kozaka jeszcze zanim komukolwiek przyszło do głowy dokuczać mu. Innymi słowy: atakował zanim ktokolwiek stanął z nim do walki.

Janek w kółko wyzywał mnie od grubasów, aż w końcu, choć bez większego przekonania, zaprosiłem go do solówki. Z moją pozycją w klasie nie obawiałem się porażki, ale szło o honor (i o spokój).

Solówki w naszej szkoli rozgrywały się nie na boisku, ale na tzw. górce. Górka była metrową, zarośniętą trawą hałdą naprzeciw budynku szkoły, tuż przy dość ruchliwej ulicy.

Walka okazała się bardziej zacięta niż przypuszczałem. Na dobrą sprawę, żaden z nas nie był pewien jej konieczności, ale no cóż, słowo się rzekło…

Wygrałem przez skuteczne kopnięcia w udo. Janek poddał walkę.

Następnego dnia Janek był wyjątkowo dla mnie życzliwy, ale na pewno nie z pokory. Zupełnie, jakby nic się nie stało, jakby w ogóle nie było pojedynku. Ulżyło mi, bo odzyskałem spokój i honor, a poza tym nie chciało mi się do tego wracać. Przy okazji zaimponowało mi, jak Janek sobie poradził z porażką. Wyglądał wręcz, jakby dzień wcześniej doprowadził co najmniej do remisu.

Od Jean-Paula nauczyłem się, że czasami po prostu trzeba stanąć do walki albo wręcz tę walkę wywołać, aby odwrócić uwagę innych od własnych słabości lub wrażliwych punktów. Tak się walczy o przetrwanie.

(Dodatkową lekcją była informacja, że górka nie jest idealnym miejscem na solówkę. Zwłaszcza, jeśli jest usytuowana dokładnie naprzeciwko sekretariatu szkolnego, do którego nauczycielki zapraszają twoją matkę, bo „syn się bije”).

Lekcja czwarta: Bartek

Bartek był Bogu ducha winien. Podobał się Hani (z jakąś tam wzajemnością), ale Hania podobała się Mateuszowi, który był jedną czwartą naszej paczki. Mieliśmy stuprocentową pewność, że Mateusz i Hania są sobie pisani, więc zbędne ogniwo w postaci Bartka należy zwyczajnie… usunąć. Poza tym Hania miałaby porzucić Mateusza dla gościa z nazwiskiem, które kojarzyło się z męskim „sprzętem”? Niemożliwe.

Bartek ani myślał schodzić z drogi. Chyba nawet sobie specjalnie nie zdawał sprawy z powagi sytuacji. Zrozumiał dopiero, gdy wypowiedzieliśmy mu otwartą wojnę. Nie pamiętam dokładnie, jak to wyszło, ale wyzwaliśmy go na solo.

Co ciekawe, główny zainteresowany (Mateusz) umył ręce od pojedynku…

Dominik, czwarty z naszej paczki, jakoś się wykręcił, więc oczywiście skończyło się na tym, że do boju stanąłem ja i Daniel (ten od lekcji numer 1).

(Naprawdę nie wiem, dlaczego mimo spokojnego usposobienia tak często znajdowałem się w centrum bijatyk, a przy tym bez uszczerbku na ocenach z zachowania).

Solówka miała się odbyć w pobliskiej bramie w trakcie długiej przerwy. Chętnych do obejrzenia było wielu chłopaków. Ruszyliśmy więc sporą gromadą.

Ja stanąłem do walki pierwszy. Miałem dziesięć minut, ale próba ta pozbawiona była akcentów. Stanęło na bezbarwnym remisie. Daniel ruszył mocniej do boju, ale i w jego przypadku nie udało się osiągnąć zbyt wiele. Takie nerwowe próby, które spełzły na niczym.

W pewnym momencie Bartek opuścił gardę i powiedział, co następuje: „Panowie, przepraszam, ale muszę już kończyć, bo zaraz zaczyna się biologia i nie mogę się spóźnić”.

Po czym uścisnął nam dłonie, wziął plecak i wrócił do szkoły.

Nie do końca ogarnialiśmy, co się wydarzyło. Nie byliśmy pewni wyniku walki (po czasie zrozumieliśmy, że zostaliśmy sromotnie pokonani), ale na swój sposób gość nam zaimponował. I to pomimo tego głupiego nazwiska.

Stwierdziliśmy, że nie będziemy już stać na drodze zakochanym. A jak Mateusz chce dalej się starać o Hanię, to niech cwaniaczek nas w to więcej nie wciąga.

Od Bartka nauczyłem się, że to oczywisty obowiązek stanąć do walki o miłość – nawet, jeśli ta walka jest nierówna lub groteskowa (w naszym przypadku oba warunki były spełnione). Zawsze jest bowiem szansa na zwycięstwo, które niekoniecznie musi się kończyć czyimś nokautem.

Przy okazji zrozumiałem, że wypada rozumieć, o co tak naprawdę człowiek się bije. I szczerze w to wierzyć.

* * *

Jest taka znakomita scena w Wejściu smoka. Dzieje się to na płynącej dżonce.
Bohater grany przez Bruce’a Lee zostaje sprowokowany przez głupawego brutala. Brutal pyta Bruce’a, w jakim stylu walczy, ten zaś odpowiada, że to „styl walki bez walki”. Gbur żąda pokazania mu, na czym ów styl polega. Lee przyjmuje wyzwanie, ale mówi, że nie będzie walczył na łodzi, więc proponuje prezentację na pobliskiej wyspie. Tym samym obaj ruszają do szalupy. Bruce uprzejmie wpuszcza delikwenta na łódkę, po czym luzuje linę i oddaje ją do dyspozycji tych, których prowokator wcześniej skrzywdził.

Sztuka walki bez walki to bez wątpienia najlepsze rozwiązanie. Zazwyczaj jednak rozumiemy to dopiero w prawdziwym starciu lub na bazie wartościowych, lecz dość bolesnych doświadczeń.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *