Strzeż się smombie! Krótka historia wychodzenia z choroby

„Smombie” to słowo powstałe z połączenia wyrazów „smartfon” i „zombie”. Doczekało się tytułu młodzieżowego słowa roku 2015 w Niemczech, ale popularność zdobywa na całym świecie. Jego geneza wydaje się oczywista.

Nie da się zaprzeczyć, że smombie istnieją; chodzą po ulicach w biały dzień, nie bacząc na światło słoneczne czy uliczne lampy, ruch na jezdni i na chodniku. Nic więc dziwnego, że w wielu miejscach na Ziemi zaczęto z nimi walczyć – choć może lepiej byłoby powiedzieć „zaczęto walczyć o to, by nic im się nie stało”.

Okazuje się bowiem, że smombie są istotami raczej bezbronnymi. Nie uczą się na błędach i nie mają wyczucia ryzyka. Rzadko komunikują się werbalnie. Korzystają raczej z sygnału GPS lub Internetu, które to umożliwiają im połączenie jedynie z osobami technologicznie zsynchronizowanymi. Nie rozpoznają zagrożeń otoczenia, unikając kontaktu wzrokowego i minimalizując kąt widzenia. Smombie mają nad wyraz sprawne i ruchliwe paluszki, czasami też sprawiają wrażenie, że prowadzą dialog z niewidzialnymi osobami. W wyniku odwróconej ewolucji zatracają zdolność chodzenia, powłóczą nogami i potrącają pieszych.

W wyniku wcześniej wspomnianych cech charakterystycznych smombie coraz częściej są ofiarami lub prowodyrami wypadków drogowych, nieświadomie raniąc przy tym inne osoby.

Szczęście w nieszczęściu, pomysłowi ludzie zaczynają podejmować działania prewencyjne – częstokroć żenujące dla gatunku ludzkiego, aczkolwiek nad wyraz skuteczne.

Jakiś czas temu, w ramach społeczno-artystycznego happeningu, postawiono na ulicach Sztokholmu nieoficjalne, ostrzegające znaki drogowe, na których widniały zgarbione sylwetki mężczyzny i kobiety, zapatrzonych w swoje dłonie (typowa pozycja smombie). Akcja okazała się na tyle inspirująca, że wywołała ogromne zainteresowanie (oraz powielenia) nie tylko wśród Szwedów, ale wśród ludzi z różnych zakątków świata.

W Seulu zainstalowano w 2016 roku znaki drogowe na chodnikach i pod światłami na skrzyżowaniach, ostrzegające przed kolizją spowodowaną aktywnością smombie.

W Monachium, Augsburgu i w Melbourne zmontowano przy ruchliwych przejściach dla pieszych specjalne chodnikowe płyty z LEDowymi światełkami wskazującymi czerwone lub zielone światło – tak by smombie nie przeoczyło sygnalizacji i nie wpadło pod koła autobusu.

Waszyngton zaproponował zaś stworzenie dwóch pasów chodnikowych – dla smombie (z wymalowaną informacją o wzięciu ryzyka na siebie) i dla tych niekorzystających ze smartfonów. Bardzo podobne środki zastosowało miasto Chongqing w Chinach.

W Japonii natomiast pewna para zaprojektowała poręczny dzwonek dla biegaczy, by mogli wcześniej sygnalizować smombie swoje nadejście i uniknąć potencjalnych zderzeń lub męczącego slalomu w wielkomiejskim tłoku.

Tak, choroba smombie stopniowo urasta do miana epidemii. Wiadomo, że smombie rozmnażają się w wyniku rozwoju technologicznego świata, przy czym stymulowane rozrosty pamięci RAM w telefonach, coraz szybsze łącza oraz wysyp apek i hot-spotów tylko potęgują możliwość zakażenia.

Swego czasu napisałem post o cyfrowej równowadze, która jest jednym z moich autorskich rozwiązań auto-cyber-immunologicznych. Niedawno zaś podjąłem się kolejnego wyzwania. Polegało one na dokładnym mierzeniu czasu spędzanego przy ekranie smartfona i prowadzeniu statystyk, które opublikowałem na blogu. Monitoring wspierała specjalnie zainstalowana aplikacja. Pierwszy raport podsumowywał 6 tygodni obserwacji.

Później przyszedł czas na pracę nad usprawnieniami. Nie powiem, przez kolejne tygodnie było trudno o progres, głównie ze względu na czynniki, których wcześniej nie wziąłem pod uwagę, tj. mundialowe mecze oglądane przez aplikację sportową, porozpoczynane seriale na komórce, nawigacja GPS podczas wakacyjnego urlopu, wybieranie piosenek w trakcie wypadów na ryby, itp. W wyniku powyższych czynników nie tylko nie poprawiłem statystyk, ale i zanotowałem regres we wszystkich kategoriach.

W końcu jednak „niesprzyjające warunki” samoistnie wygasły albo je świadomie wyeliminowałem. Muszę powiedzieć, że efekt z ostatnich trzech tygodni coraz bardziej mnie satysfakcjonuje – tym bardziej, że zaczął się stabilizować.

Ale po kolei.

Jak widać na wykresach (kliknij, by powiększyć), w ostatnich tygodniach zaobserwowałem pozytywny trend, jeśli chodzi o utrzymanie czasu przy ekranie (screen time), czyli mniej niż 2 godziny. Ponadto, procent waking life (czasu spędzanego nad ekranem komórki w stosunku do czasu pozostałego, nie licząc okresu uśpienia) udaje mi się utrzymać znacznie poniżej średniej, zszedłem wręcz do 8%. Ostatnio zacząłem sięgać po telefon rzadziej, czyli również poniżej dotychczasowej średniej. W trakcie wakacji udało mi się znacznie wydłużyć czas uśpienia telefonu, ale w ostatnich dwóch tygodniach przestałem się w tej kwestii pilnować.

Arkusz przedstawia dokładne statystyki z całości monitoringu, czyli ostatnich 22 tygodni. Dla miłośników statystyk. Czujne oko dostrzeże brak tygodnia nr 8, ponieważ umknęło mi zapisanie tygodniowych statystyk. Zacząłem też prowadzić dokładniejszą ewidencję od tygodnia nr 20, w celu wyłapywania rekordowych wyników i wzmocnienia motywacji.

Najbardziej dumny jestem z kilku wyników. Na przykład kilkakrotnie zszedłem poniżej 1 godziny screen time, a raz nawet do 20 minut! Najdłuższa przerwa od ekranu to ponad 24 godziny 48 minut – sam nie wiem, jak to zrobiłem. No i niedawno trafił mi się dzień, w którym po telefon sięgnąłem tylko 16 razy.

Patrząc na indywidualne możliwości testując się w różnych warunkach, moje cele do utrzymania do końca roku to:

  • Screen time <2 godzin
  • Waking life <10%
  • Pickups <40
  • Sleep time >8 godzin

Traktuję to jako zobowiązanie, z którego się tutaj rozliczę. Z czasem może uda mi się jednak jeszcze bardziej śrubować wyniki, ale póki co powyższe wskaźniki to mój cel minimalny.

Wśród najważniejszych wniosków, jakie wysnułem w trakcie ponad 20 tygodni obserwacji jest to, że łapanie za telefon stało się dla mnie czynnością odruchową i nachalną. Łapię się na tym, że jeśli widzę telefon, zazwyczaj czuję impuls, by go pochwycić w byle jakim celu (przejrzeć skrzynkę, spojrzeć na wyniki sportowe itd.). Dobrze robi mi pozostawienie telefonu poza zasięgiem wzroku, niewyjęcie go czasem z torby czy z kieszeni. Nie ma wówczas tej podświadomej pokusy, a gdy jednak sięgam po komórkę, to przynajmniej w jakimś sprecyzowanym celu. Przy działaniu świadomym łatwiej mi zadać sobie pytanie, czy aby na pewno muszę coś sprawdzić.

Wyzwanie, które podjąłem, bardziej mnie motywuje do powstrzymywania się od przeglądania przypadkowych filmików na YouTube czy stron z wiedzą bezużyteczną. Bądź co bądź, wcale mi tego nie brakuje. Realnie odczuwam ostatnio więcej czasu i chęci na inne czynności, takie jak rozmowy, czytanie lub pisanie. Daje mi to więcej satysfakcji niż kolejny mem o polskich piłkarzach czy szczegóły kłótni celebrytów.

Zachęcam do rozpoczęcia eksperymentu, wnioski potrafią być zaskakujące (z przyjemnością posłużę wsparciem). Lepiej przedsięwziąć konkretne działania zanim okaże się, że na znaku ostrzegawczym przed smombie rozpoznamy swoją sylwetkę.

2 odpowiedzi do “Strzeż się smombie! Krótka historia wychodzenia z choroby”

  1. Eksperymentu nie rozpocznę, bo nie mam smartphona 🙂 Jedyne, czego mi brakuje, to aktualizowanej nawigacji Googla i opcji blokowania niechcianych numerów. Poza tym, uważam, że życie bez internetu pod ręką jest wspaniałe 🙂

    1. Myślę, że brak możliwości rozpoczęcia eksperymentu zasługuje na wyróżnienie. To tak, jakby eksperyment udał się przed startem.

      Ale ta nawigacja to faktycznie sprawa, bez której nieraz bywa ciężko. Z drugiej strony, człowiek bez niej pojawia się w miejscach, których by inaczej nigdy nie zobaczył – czasem nawet jest to bardzo miła niespodzianka. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *