Ruch oporu. List otwarty

Kupowałem w IKEA wielokrotnie i pewnie jeszcze nie raz będę tam kupował. Nie jestem uprzedzony do tej marki, ale nie jestem też jej zagorzałym fanem.

Po co to mówię? Otóż niedawno został wydany nowy katalog Ikea na rok 2019. Sytuacja raczej zwyczajna. Jednak dopiero teraz dowiedziałem się, że wydarzeniu temu towarzyszył wielki event. Uroczyste otwarcie, gwiazdy, śpiew, felietony, scenografie. Gdy próbowałem połapać się w tym, z jakiego powodu premierze katalogu z meblami i artykułami AGD towarzyszy kolorowa prasa i celebryci, Marta wskazała mi parę fragmentów z tegoż katalogu, które mnie – przyznam – zirytowały.

Szczególnie zaś ten:

Z niedowierzaniem przeczytałem to w katalogu firmy, która mniej lub bardziej kojarzy się ludziom ze skandynawskim stylem i minimalizmem. I nie chodzi mi nawet o to, czy rzeczywiście tak jest (najwyraźniej nie, choć nadal z wyjątkami). Bardziej zaskoczyła mnie zamaskowana agresja tego fragmentu, a także manipulacyjny ton wypowiedzi. Z tekstu – jako całości – wynika bowiem, że minimalizm to zwykła hochsztaplerka, wilk w owczej skórze, a nie wartościowy kierunek dążący do prostoty i jakości życia. Wnioski nasuwają mi się dwa:

a) albo Ikea widzi realne zagrożenie w zdobywających popularność koncepcjach minimalizmu i walki z konsumpcjonizmem, więc sprytnie kontratakuje,
b) albo napisanie tekstu powierzono osobom nieznającym tematu.

Intencją poniższych słów nie jest wcale zaatakowanie marki. IKEA nie jest ani pierwsza, ani ostatnia (tylko może niech nie udaje, że jest inna). Moją intencją jest zgłoszenie sprzeciwu na to, że za pomocą naukowego badania oraz sprytnej manipulacji słowem i faktami (deformującej i dewaluującej czyjś sposób na życie) próbuje się maskować chęci zwiększenia własnych zysków. Nie zgadzam się na to, by sklep próbował wymóc na kimkolwiek zmianę trybu życia, pośrednio go krytykując i uwłaczając ludzkiej inteligencji (być może wierząc, że nikt się nie zorientuje). Intencją poboczną jest również próba unaocznienia innym, z jakiego rodzaju sprytnych sztuczek i zagrań nie-fair korzysta obecnie rynek.

Spróbuję się przyjrzeć tekstowi dokładniej, fragment po fragmencie.

„Mit minimalizmu”

Wyodrębniony tytuł wskazuje wyraźnie na to, że minimalizm to jakaś homeopatia. Choć znaczeniowo nie można mu nic zarzucić, to jednak zdecydowanie sugeruje, że tekst będzie wyjaśniał, czym jest (lub nie jest) minimalizm. Jak się okazuje – praktycznie o tym nie mówi, zaledwie sygnalizuje, sprowadzając go do aspektu masowego wyrzucania rzeczy w afekcie. Biorąc zaś pod uwagę, jak istotną rolę obecnie spełniają tytuły i nagłówki, można powiedzieć, że ten ustawia odbiór tekstu już na starcie.

„Przytłacza Cię ilość rzeczy, które posiadasz? Nie tylko Ciebie. Nasz Raport o życiu w domu pokazuje, że „nadmiar przedmiotów” jest najczęstsza przyczyną stresu i złego samopoczucia w domu. Ale pozbycie się ich, zamiast ulgi, może wywołać jeszcze większy niepokój”.

Tekst wyraźnie nie uściśla zależności, m.in. tego, jakich rzeczy się pozbywamy albo w jakim tempie.

Źródło: Google.com

„Wielu z nas odczuwa presję, by żyć wśród mniejszej ilości przedmiotów, ale to, co posiadamy, wiąże się przecież z naszymi wspomnieniami, nadziejami i marzeniami”.

Jeśli wielu z nas odczuwa presję, to pytanie, co ją wywołuje? I o jaką presję chodzi? Skąd ona się bierze? A może presja to przejaw trafienia na podatny grunt? Być może nasza podświadomość mówi nam, że wolelibyśmy mieć mniej przedmiotów i więcej miejsca, ale nie potrafimy porzucić nawyku gromadzenia rzeczy?

Ikea powołuje się na swój Raport o życiu w domu (Life at Home), w którym podaje, iż 27% ludzi odczuwa społeczną presję związaną z pozbywaniem się rzeczy. Ja zapytam inaczej – a ile procent odczuwa presję kupowania rzeczy? Deloitte niedawno zbadał, że 43% ludzi odczuwa presję, by zaciągnąć dług na świąteczny prezent (a co dopiero z rzeczami, na które nas stać!). Raport European Consumer Payment Report za 2017 rok wspomina o 33% Polaków, którzy czuli przynajmniej raz w roku presję kupienia dziecku prezentu, na które nie było ich stać.

Statystyki są istotną częścią badań, ale warto czasem zastanowić się, co one faktycznie nam mówią. I czego nie mówią.

„(Czy sprzedając tę gitarę, przyznajesz, że już nigdy nie zostaniesz muzykiem?)”

Intencja tego zdania jest niejasna bez kontekstu, który pojawia się w Raporcie. Chodzi tu o pozbywanie się rzeczy niepraktycznej (jak gitara w salonie, na której nie umiemy grać, lecz chcemy się tego kiedyś nauczyć). W przytoczonej myśli Pauli Zuccotti chodzi o to, że gdy tej gitary się pozbędziemy, to tym samym zabijemy marzenie. Okej, rozumiem ideę, ale z drugiej strony widząc co rano gitarę przypominałbym sobie o celu, którego znowu nie zrealizowałem. A to wywoła w końcu wyrzuty sumienia, które skumulują się, powodując stres i/lub niezadowolenie z siebie.

W Stanach Zjednoczonych już 1 na 10 Amerykanów wynajmuje zewnętrzne przestrzenie magazynowe do przechowywanie swoich rzeczy. Czyli płaci abonament za to, by nie widzieć przedmiotów, których nie chce (lub boi się) wyrzucić. Powiem tylko, że skoro biznes ten kwitnie za oceanem (w Stanach znajduje się obecnie około 50 tysięcy takich magazynowych obiektów), być może niebawem pojawi się na wielką skalę także w Europie.

Przy okazji, ciekaw jestem, czy ten sam punkt widzenia odnośnie gitary działałby równie skutecznie na czytelnika, gdyby zamiast niej podstawić fortepian albo zestaw perkusji…

„Przedmioty, które mają dla nas emocjonalną wartość, dają nam sporo radości, nawet gdy nie są zbyt praktyczne”.

Jeśli coś daje ci sporo radości, nie pozbywaj się tej rzeczy. Minimalizm nie zmusza cię do wyrzucania wszystkiego, co tylko wpadnie ci w ręce. Nie zmusza do białych ściany i pustych pomieszczeń (chyba że tak właśnie lubisz). Pamiętaj tylko o jednym – że wartość sentymentalna nie jest zawarta w przedmiotach, tylko we wspomnieniach. Przedmioty co najwyżej pozwalają te wspomnienia wywołać.

„A zatem dobrze jest zastanowić się na priorytetami i wybrać odpowiednie rozwiązania do przechowywania, zamiast wyrzucać wszystko jak leci w złudnym dążeniu do minimalizmu”.

I tu właśnie pojawia się zdanie-klucz, które, moim zdaniem, wyraźnie trąci manipulacją. Oczywiście, że dobrze jest „zastanowić się nad priorytetami” – przecież właśnie o to chodzi w minimalizmie! O ustalenie priorytetów i trzymanie się ich w życiu codziennym.

Ale w tym fragmencie i tak najistotniejsze jest o to, co dalej, czyli „wybranie rozwiązania do przechowywania”. No tak… Pudełka, szafki, półki, regały, komody – wszystko to przecież kupisz w sklepie IKEA. Oczywiście, że ulokowanie omawianego tekstu w katalogu obok konkretnej oferty nie jest przypadkowe.

„Wyrzucać wszystko jak leci w złudnym dążeniu do minimalizmu”? To już demonizowanie w najczystszej postaci, w dodatku oparte na nieprawdzie! Po pierwsze, w minimalizmie absolutnie nie chodzi o wyrzucanie wszystkiego jak leci – skąd w ogóle taki pomysł? To jakby minimalizm zakładał, że każdy człowiek jest taki sam i ma identyczne potrzeby. Po drugie, ton tego zdania jest wyraźnie nacechowany, czym odstaje od pozostałych.

Do minimalizmu się nie dąży, bo on nie jest i nigdy nie był celem samym w sobie. To minimalizm jest dążeniem – do życia opartego na tym, co najważniejsze (i tu każdy ma swoją koncepcję). Najwyraźniej według katalogu Ikea minimaliści to chodzące niszczarki bez sumienia i sentymentu. Takie co zabraniają ludziom wychodzić z domu do sklepu.

I jeszcze jedno. Minimaliści nie zalecają „wyrzucania”, chyba że nie ma innego wyjścia. Zalecają sprzedawanie lub oddawanie rzeczy, a przede wszystkim jednak niekupowanie rzeczy, które nie są potrzebne.

Źródło: Google.com

„Profesor Russell Belk, uznany ekspert w dziedzinie znaczenia dóbr materialnych, twierdzi, że chodzi tu o zdrowe i bardziej rozsądne podejście, a nie o hurtowe pozbywanie się rzeczy bez namysłu, pod wpływem chwili”.

Naturalnie, że pojawia się profesor-uznany-ekspert. No i w porządku, bo profesor ma rację. Pewnie, że chodzi o zdrowy rozsądek i namysł. O świadome, celowe życie, a nie o którąkolwiek ze skrajności. Wystarczy poczytać książki lub blogi popularnych minimalistów, by się w tym utwierdzić. Tyle że profesor nie mówi dokładnie tego, co znajdziesz w zdaniu poprzednim. Jednakże zestawienie tego zdania z wcześniejszym ma na celu potwierdzenie myśli poprzedzającej. Dość perfidnie, jak na mój gust.

„Możemy przez jakiś czas spróbować obyć się bez nich i zobaczyć, czy naprawdę ich nie chcemy. Jeżeli poczujemy się gotowi, możemy pójść o krok dalej – za rok lub dwa, lub jak w przypadku tej gitary – nigdy!”

Pewnie, że możemy spróbować. Pewnie, że nie musimy iść od razu o krok dalej. Można chwilowo te niepotrzebne rzeczy schować (najlepiej do mebli i pojemników dostępnych w sklepie). W porządku, jest to jakieś „międzyrozwiązanie”. Istnieje jednak spore ryzyko, że o schowanych rzeczach w końcu zapomnimy. Przed oczami będziemy mieć wówczas więcej szafek, półek i kontenerów, a mniej przestrzeni w domu, co również negatywnie wpłynie na nasze samopoczucie.

„Więcej przeczytasz w naszym corocznym Raporcie o życiu w domu: lifeathome.com”

No właśnie. Zajrzałem, poczytałem, niestety raport dostępny tylko po angielsku. Treść ogólnie w porządku, w większości brzmi neutralnie i ciekawie. Raport zestawia różne koncepcje i opinie w nieco szerszym kontekście tak, aby każdy mógł spojrzeć na sprawę życia w domu pod wieloma kątami. Ba! Cytuje nawet popularnych minimalistów.

Intencje raportu także uważam za rozsądne. Naprawdę warto przeczytać i oddać się refleksji. Tylko zastanawiam się, ile osób przeczyta neutralny raport, a ile osób zapozna się z króciutkim, banalizującym zjawisko i celowo zniekształconym tekstem w katalogu… Cóż, ta proporcja okaże się zapewne korzystna dla sieci sklepów – wzrośnie ilość sprzedanych szafek i niechęć do minimalistów prowokujących refleksję na temat niekupowania. Bo ile osób zechce dalej weryfikować, czym de facto jest to groźne zjawisko na literę M?

Umówmy się, te wszystkie raporty i etykiety „eko” są tylko przy okazji. Producentowi zależy głównie na jednym, co zresztą widać gołym okiem w innych miejscach katalogu, np.:

O minimalizmie mówi się ostatnio sporo, w dodatku w przeróżnych kontekstach, np. urządzania wnętrz, mody, muzyki, stylistyki czy pisania. Przez to podatny jest na wiele interpretacji. A gdzie pojawi się trend, tam każdy chce zarobić. „Minimalistyczny” stał się od kilku(nastu) lat przymiotnikiem nacechowanym pozytywnie, który wielkie marki będą stosować tam, gdzie im to pasuje. Słyszałem także o „zestawach minimalistów” nieźle sprzedających się na eBayu czy Amazonie, co oczywiście zakrawa na karykaturę zjawiska. Zresztą jeszcze rok czy dwa lata temu IKEA korzystała z tego słowa chętnie (przykłady umieściłem na zrzutach ekranu w niniejszym poście).

Pamiętajmy, minimalizm to nie cel, tylko droga do lepszej wersji twojego życia. Wersji, która ustalasz sam(a). Minimalizm to ruch oporu wobec producentów i konsumpcyjnego pędu powodującego szkodliwe nawyki, długi, góry niepotrzebnych śmieci, zanieczyszczenie środowiska albo, w skrajnych przypadkach, uzależnienia. To również dobrowolny powrót do jakości życia i indywidualnych wartości , z których Ty czerpiesz główne korzyści, a nie ci, którzy liczą zyski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *