Świento prawda, tys prawda i postprawda

Co to jest prawda?

Pytanie Piłata skierowane do Chrystusa wydaje się jednym z najważniejszych i najtrudniejszych zagadnień ostatnich dwóch tysięcy lat. Przewrotnie rzecz ujmując, w czasach bieżących pytanie to jest podwójnie aktualne.

Epoka nadmiaru informacji dzięki potężnej ilości kanałów komunikacyjnych sprzyja rozwijaniu się niezdrowych zjawisk, jak choćby fake news, clickbait czy postprawda. Ponadto, mając na względzie zjawisko bańki filtrującej (o której szerzej pisałem w poprzednim tygodniu), Internet, telewizja i prasa to środowisko sprzyjające dezinformacji i manipulacji. Wiedzą o tym doskonale zarówno media, korporacje oraz politycy.

Według autorów słownika Oxford Dictonary termin „postprawda” oznacza obraz rzeczywistości kształtowany w oparciu o przekonania, a nie fakty. Jeśli chodzi o występowanie zjawiska, to widać je najwyraźniej w działaniach tej ostatniej grupy. Choć na naszym podwórku parlamentarzyści uprawiają tę dziedzinę bez kompleksów, najciekawszym i najbardziej jaskrawym przykładem ostatnich lat jest zarówno kampania prezydencka, jak i sama prezydentura Donalda Trumpa.

Za sztandarowe przykłady postprawdy można uznać sprawę upartego podawania w wątpliwość miejsca urodzenia Baracka Obamy (nawet po ujawnieniu aktu przez prezydencką administrację), otrąbianie finansowego sukcesu kasyn w Atlantic City (mimo iż plajtowały, jedno po drugim), czy też wyrażanie poparcia wojny w Iraku (którego to prezydent później się wypierał, nawet mimo udowodnienia mu kłamstwa). Przykłady można mnożyć, niemniej jednak nawet w sytuacji przyparcia do muru, prezydent wzrusza rękoma i mówi, że „zna wielu ludzi”, którzy uważają tak samo, albo odnosi się do „wiarygodnych źródeł” (rzecz jasna, bliżej nieokreślonych).

Co ciekawe, Trump, który mimo tak oczywistego manipulowania faktami lub stawania w jawnej sprzeczności z nimi, jest pierwszym prezydentem USA, któremu uchodzi to na sucho (nawet bez większego wpływu na poparcie). Reagan, Clinton, a także obaj Bushowie musieli słono zapłacić za udowodnione kłamstwa. Trump żadnego nie sprostował, za żadne nie przeprosił.

Łukasz Pawłowski na łamach „Kultury Liberalnej” stawia ciekawą tezę. Otóż różnicy między obecnym prezydentem a poprzednikami szuka w podobieństwie tego pierwszego do… tabloidów (sic!).

Przyznam, że to tak samo kontrowersyjna, co intrygująca interpretacja.

Pawłowski pisze tak: Tabloid to gazeta bez przyszłości i przeszłości – zanurzona w permanentnym „teraz”, nie dba o to, co napisze jutro i co napisała wczoraj. Czytelnicy nie dostrzegają wynikających z tego sprzeczności, bo od tego rodzaju gazety nie oczekują spójnej linii redakcyjnej. (…) tabloid operuje poza kategoriami prawdy i fałszu. Przyciśnięty do muru redaktor naczelny lub wydawca takiej gazety odpowie nam zapewne, że jego pismo zawsze „stoi po stronie ludzi”.

Stale rosnąca popularność brukowców oraz ich odpowiedników online (czyli wszelakich „pudelków” i „kozaczków”) zmusza nas do zadania pytania, czy ten rodzaj komunikacji to odpowiedź na potrzeby czytelników. W pewnym sensie tak, choć jest to spore uproszczenie tematu. Warto zauważyć, że portale typu Onet czy Wirtualna Polska zaczęły od jakiegoś czasu działać na tych samych zasadach, coraz częściej zresztą odsyłając do tabloidów jako materiałów źródłowych.

Mówi się, że w powodzi informacji staliśmy się czytelnikami nagłówków lub co najwyżej lidów. Media, recz jasna, skrzętnie wykorzystują ten fakt. Kłania się nam wcześniej wspomniane zjawisko clickbait, a więc taka konstrukcja nagłówka newsa, która zachęci odbiorcę do kliknięcia w link, obiecując „przełomowe odkrycie” lub „sensacyjną wiadomość”. W znacznej większości treść jest jednak „odgrzanym kotletem”, ma niewiele wspólnego z zawartą obietnicą albo też w żadnym stopniu nie odnosi się do tytułu.

A jaki w tym cel mediów? Oczywiście: reklama.

Choć nie powiem, że tylko i wyłącznie. To także chęć przytrzymania cię na stronie i wymuszenie sieciowej reakcji (udostępnij, subskrybuj, polub), co przekłada się na stopniowe wywołanie uzależnienia od witryny. Niestety, jakiś czas temu zaobserwowałem te skutki również u siebie.

Media bazują na naszych niższych instynktach. Pacyfikujemy się bowiem plotkami o celebrytach, ciążowym brzuszkiem którejś księżnej lub doniesieniami z domu popularnych sportowców, bo to zazwyczaj informacje krótkie, niewymagające intelektualnie. Takie, do której można się łatwo odnieść w gronie znajomych. Obśmiać, pohejtować, zapomnieć.

Często wkurzamy się na polityków, których przytoczone cytaty lub zachowania (często pozbawione szerszego kontekstu) sprawiają, że „krew nas zalewa” lub pragniemy „przeżegnać się stopą”, choć zazwyczaj nie konfrontujemy ich ze stanem faktycznym, nie zgłębiamy tematu (bo kto ma na to czas i siły?), tylko „podajemy dalej” i idziemy dalej.

Jakie czasy, takie newsy, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *