Pochyleni

Przyszedł dzień, kiedy zdałem sobie sprawę, że większość moich kolegów bierze. To było niedługo przed maturą. Mówili, że zamykają się w łazience i siedzą wtedy dłużej niż zwykle. Mówili, że dzięki temu lepiej im się myśli, że mogą się porządnie skupić.

Ja jeszcze nie miałem do tego towaru dostępu, ale z każdym rokiem rosło ryzyko. Presja, która była wtedy, jest do tej pory – o wiele większa niż na początku, w liceum.

Od tamtego razu kilkakrotnie zmieniałem otoczenie, ale muszę przyznać, iż nadal sporo moich znajomych z pracy bierze. Słyszę przez ścianki kabin w toalecie. Nie mają skrupułów. A przecież bardzo łatwo w ten sposób czegoś się nabawić…

Skalę problemu trudno zignorować. Badania mówią wszystko. Coraz więcej ludzi bierze ze sobą telefon komórkowy do toalety.

*

Szybko przez statystyki.

Firmy O2 UK i Sony Mobile przeprowadziły kilka lat temu specyficzny sondaż wśród mieszkańców Wielkiej Brytanii. Według danych, 3 na 4 osoby korzystają z telefonu, notebooka lub tabletu podczas pobytu w WC. Połowa z nich korzysta również z elektronicznych gadżetów w kąpieli. Co czwarty mężczyzna siada na sedesie w celu oddania moczu (nie, nie z powodu troski o czystą deskę, lecz aby mieć obie ręce wolne). 15% respondentów przyznało się, że wpadł im kiedyś telefon do muszli.

Jak bardzo daleko jesteśmy od Brytyjczyków sprzed kilku lat, tego dokładnie nie wiem. Mogę się co najwyżej domyślać, że cały czas idziemy w podobnym kierunku.

*

Pamiętam czasy wprowadzania telefonów komórkowych (a raczej cegieł) na rynek polski. Kiedy dzwonił dzwonek, ludzie wyskakiwali z toalety, żeby odebrać. Teraz sytuacja się odwróciła. Brzęczenie dobywa się właśnie z łazienki. Tyle że rzadko ktoś odbiera.

Czy to oznacza, że w czasach wyraźnie poluzowanych granic prywatności (i przyzwoitości) pisanie do kogoś sms-ów z WC to pogłębienie relacji? Takie wypaczone zaproszenie do intymności? A może to znak spadku wartości dialogu, takie załatwianie spraw podczas „załatwiania sprawy”.

Pewien internauta skomentował konkluzje wyżej wspomnianego badania słowami: „Levele same się nie nabiją”. A zatem w dzisiejszych czasach studiowanie składu kosmetyków i chemii domowej zostało zastąpione bardziej wyrafinowaną rozrywką: przeglądem mediów społecznościowych, grami internetowymi, odpowiadaniem na zaległe mejle.

Przychodzi mi do głowy taki wniosek. Chyba nigdy w dotychczasowej historii świata posiadówka na sedesie nie była tak interaktywnym zajęciem.

Czy to odbicie ludzkiej samotności, „zwykłe” FOMO, czy może wynaturzony pęd świata? Wszystko naraz? I co to mówi o ludzkiej godności?

*

Zawsze, gdy wracam wieczorem po spotkaniu z kumplem na mieście, w tramwaju dokonuję pewnego eksperymentu. Nazywa się: złap smombie! Zabawa polega na zliczaniu, ile osób wlepia wzrok w smartfona podczas podróży. Zwykle wypada to jakoś tak – 16 na 18 osób pochyla głowę nad komórką.

Swoją drogą, do ciekawych wniosków można dojść analizując pozycję ciała osób pochłoniętych swoim smartfonem. Oto ułożenie ciała towarzyszące osobom korzystającym z telefonu: pochylona głowa, opuszczone barki, zwężona klatka piersiowa. Właśnie tak ich widzę, gdy czekają na przystanku, pod klubem lub kiedy idą chodnikiem w sobie (nie)znanym kierunku. Dokładnie tak samo wyobrażam sobie zazwyczaj osoby przytłoczone, zmartwione, uginające się pod ciężarem trosk.

W ten sposób łatwo można nabyć (a raczej utrwalić) lordozę szyjną. Słyszałem parę lat temu o wnioskach medycznych, jakoby ta pozycja kręgosłupa w dłuższej perspektywie czasowej miała powodować spadki humoru oraz stany depresyjne.

Warto dodać, że obraz przygarbionej osoby dopełnia dzielnie trzymany w dłoni przedmiot: tajemniczy, świecący artefakt, hipnotyzujący osobę, która go niesie przed sobą. Mam skojarzenie z metodą „kija i marchewki”. Smombie nie potrzebuje kija, smombie nawet nie trzeba trzymać tej marchewki przed nosem, bo samo ją sobie trzyma. Przekładając na idiom wędkarski – ryba sama się nęci haczykiem.

*

I jeszcze taka refleksja na koniec. Ciekawi mnie, co w dzisiejszych czasach prorok przyniósłby z Synaju – tablice czy tablety?

Jeśli to drugie, czy przykazania byłyby zapisane na twardym dysku czy w chmurze? I kto by je dyktował? Android?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *