Pierwsze klamoty za płoty (#minsgame, relacja pierwsza)

Mimo że wyrzuciłem wczoraj dwa korkociągi, spałem spokojnie. Nadal mam trzy.

Stara bejsbolówka, zduplikowany album o koktajlach, puszka przeterminowanej farby, jeden z czterech dzbanków do herbaty, leksykon lektur szkolnych sprzed trzydziestu lat, pęknięty kieliszek, używane gwinty do żarówek… Co łączy te wszystkie rzeczy?

Otóż wszystkie wyleciały z hukiem z mojego domu w trakcie pierwszych dziewięciu dni „gry minimalisty” (czyli The Minimalist Game lub #minsgame), w której uczestniczę z żoną od początku stycznia.

Dla przypomnienia zasady: każdego dnia pozbywasz się z domu niepotrzebnych rzeczy. Pierwszego dnia – jednej, drugiego – dwóch, trzeciego – trzech, itd. A grasz przez 30 dni.

W jednym z poprzednich wpisów zapowiedziałem relację z podjętego wyzwania. Od dzisiaj, co wtorek, zamierzam dzielić się przemyśleniami w związku z odgruzowywaniem domu. Za cztery tygodnie mam nadzieję obwieścić na blogu pełny sukces.

Gdy rzuciłem pomysł włączenia się do gry, Marta (moja żona) przystała na niego chętnie. Co więcej, zasugerowała, żebyśmy zagrali osobno. Mój pierwotny plan zakładał pozbywanie się gratów wspólnie, ale rzucone wyzwanie było, rzecz jasna, o wiele ciekawsze. Warto dodać, że od kilku miesięcy utylizowaliśmy niepotrzebne rzeczy, choć bez jakiegoś konkretnego planu czy regularności – raczej wtedy, gdy wpadło nam coś do ręki i zadaliśmy sobie pytanie: „A po co ja to w ogóle trzymam?”. Odkąd zaczęliśmy zwracać większą uwagę na to, czym i dlaczego się tym czymś otaczamy, zadajemy to pytanie coraz częściej. Efektem jest kilkadziesiąt kilogramów rupieci wszelakiej maści, których już nie mamy.

A teraz gramy już według pewnych zasad. Pierwsze cztery dni były bardzo łatwe. W każdym pomieszczeniu od razu do rąk wpadały przedmioty wątpliwej przydatności.

Mniej więcej od piątego czy szóstego dnia zwróciliśmy uwagę na to, że robi się odrobinę trudniej, głównie ze względu na czas, który trzeba poświęcić na to, by odnaleźć właściwe „artefakty”. Na razie nie stanowi to większego problemu, ale biorąc pod uwagę, że gdy mamy na grę więcej wolnego czasu (czyli wieczorem), nasze córki już śpią, toteż głośne przetrząsanie szaf, szuflad i pudeł nie wchodzi w rachubę.

Od czasu do czasu myślę, jak to będzie codziennie wynajdywać ponad dwadzieścia rzeczy do pozbycia się. Według mnie są miejsca w domu, w których już raczej nie ma niepotrzebnych przedmiotów. Podskórnie jednak czuję, że to przekonanie można podważyć. Że na razie tylko racjonalizuje sobie sens istnienia poszczególnych szpargałów albo udaję, że ich nie dostrzegam.

Moja żona jest spokojna o sukces. Po prostu trzeba lepiej planować, myśleć lub wybierać rzeczy w trakcie dnia – zwróciła mi wczoraj uwagę.

To, co podoba nam się w tej grze, to duch zabawy. Mamy okazję pośmiać się ze starych nawyków. Odnajdujemy też takie „perełki”, że albo przewracamy oczami albo kiwamy głowami z niedowierzaniem. Przedmioty zduplikowane (jak choćby wspomniane wyżej korkociągi), zużyte, o wartości sentymentalnej, graty z przeszłości, które od dawna nie pasują do obecnego stylu życia…

Wczoraj otworzyliśmy szufladę ze sztućcami i w ciągu pięciu minut wybraliśmy po osiem rzeczy do oddania. A takich „skarbców” przecież mnóstwo w całym domu. Przed nami jeszcze tyle przestrzeni do odzyskania…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *