Palący problem. Jak walczyć z palaczami śmieci

Image by JerzyGorecki on Pixabay

 

Za każdym razem, gdy myślę „nic mnie już nie zaskoczy”, świat szybko udowadnia, że się mylę.

Jeśli jest jakaś lista TOP 10 rzeczy, których szczerze nie znoszę, to polska mentalność jest na niej dość wysoko (choć nie tylko polska). Konkretniej mówiąc, chodzi mi o tzw. cwaniactwo, powszechnie mylone ze sprytem i/lub oszczędnością.

Większość moich okolicznych znajomych i sąsiadów nie zamawia usług asenizacyjnych, mimo że nie mają przydomowej oczyszczalni ścieków ani dostępu do kanalizacji. Zakładam, że nie korzystają z toalety, inaczej świadczyłoby to o tym, że wydrążyli dziurę w zbiorniku, pozwalając, aby wszelkie nieczystości (naturalne i chemiczne) trafiały bezpośrednio do gleby na ich i sąsiedzkich podwórkach, a także do podziemnych wód.

Gdy ujrzałem w gminnej Biedronce trzy pojemniki, w tym jeden na małą elektronikę, ucieszyłem się, że mam bliżej niż do lokalnego PSZO. Gdy jednak zobaczyłem kilka dni później, że wysypują się z niego foliowe reklamówki, opadły mi ręce (pojemnik na jednorazowe torebki stał tuż obok tego przeznaczonego na elektrośmieci).

Z lekką irytacją wysłuchuję argumentów za niesegregowaniem śmieci typu „widziałem, że pakują wszystko do jednej śmieciarki, więc nie ma sensu segregować”. Świadczy to raczej o braku świadomości funkcjonowania zbiórki odpadów i ich sortowaniu. Pewnie, że są wyjątki, pracownicy nie zawsze działają zgodnie z literą prawa, ale nie daje to jednak nikomu zgody na samowolkę. Łatwiej jednak znaleźć wymówkę, niż poświęcić trochę więcej czasu w trosce o środowisko. Działa tu też często zasada: „przecież i tak nikt tego robi, to po co ja mam robić”? – jakże popularna wśród osób niesprzątających po swoich czteronożnych pupilach.

Ale chyba jeszcze bardziej niż śmiecenie, drażni mnie palenie śmieci.

W ostatnich dniach aura stała się sprzyjająca. Temperatura wskoczyła wyraźnie na plus, chmury nieco ustąpiły, odsłaniając gdzieniegdzie strzępy błękitnego nieba, a słońce zaczęło udzielać się dobroczynnie. Wybiły kretowiska, dzięcioły zaczęły zaglądać na podwórko. Nie chcąc siedzieć w domu z dziewczynami, zapragnęliśmy spędzać więcej czasu na dworze. W tym roku jednak nie jest to na razie możliwe.

W poprzednim wpisie wspomniałem o tym, jak przyłapałem sąsiadkę na zadymianiu całej okolicy. Zbyt gęsty, żółto-biały dym zasnuł na trzy godziny okoliczne podwórka. Mogę się domyślać, czym paliła w piecu. Wielka sterta średniej jakości boazerii, rozmontowywane na podwórku i szybko znikające fotele samochodowe, a także wiele, wiele innych odpadów poniewierających się po jej ogródku dało podstawy do ponurych domniemań. Na przykład niedawno wyglądało to tak:

Przykry smród towarzyszy nam niemal codziennie. Dość wspomnieć, że takich sytuacji w okolicy jest dużo więcej. Od kilku tygodni nie da się wytrzymać na „świeżym” powietrzu, a przecież mieszkam za miastem, blisko lasu. Kto czyta tego bloga od jakiegoś czasu, wie, że lubię czasem wieczorami wyjść na dwór z teleskopem i lornetką, by obserwować niebo. Obecnie zawiesiłem ten pomysł, do końca sezonu grzewczego nie ma to żadnego sensu i nie daje przyjemności, ponieważ na dworze trudno wysiedzieć dłużej niż kwadrans.

Koniec tego marudzenia, teraz skupmy się na tym, co można zrobić. Ja swój plan działania już określiłem, podjąłem też pierwsze kroki.

  1. Nagłaśnianie. Wykorzystajmy ten moment, w którym nareszcie szeroko relacjonuje się tematy ze szczytów klimatycznych, informuje o alertach smogowych, wdraża zmiany w ustawach (np. śmieciowej czy antysmogowej) i emituje alarmujące reportaże w radiu i TV. Przez ostatnie 2-3 lata coś w Polsce drgnęło w debacie publicznej, lecz to niestety dlatego, że sytuacja jest naprawdę zła, prawie krytyczna. Rozmawiajmy więc w gronie przyjaciół, uświadamiajmy samych siebie i innych, czy choćby wykorzystujmy media społecznościowe w jakiejś większej sprawie, niż publikowanie zdjęć piesków i posiłków.
  2. Sensownym wyjściem wydaje się próba konfrontacji z osobami trującymi nas i nasze środowisko. Można taki dialog przeprowadzić uprzejmie, a jak to nie zadziała – nieco bardziej stanowczo (nie mówię jednak o agresji i rozwiązaniach siłowych). Do nas też należy decyzja, czy podejmiemy się poruszenia tematu anonimowo czy bezpośrednio, indywidualnie czy w grupie z innymi poszkodowanymi.
  3. Gdy rozmowa i zwrócenie uwagi nie działają lub z jakiegoś powodu są niemożliwe, pozostaje formalne zgłaszanie podejrzenia wykroczenia. To punkt kontrowersyjny, a jakże. Dotyka w pewnym sensie moralności, no bo jak to tak podkablować sąsiada… Gdyby na to spojrzeć jednak obiektywnie, mechanizm jest paradoksalny. Mamy bowiem etyczne opory przed sprawieniem komuś krótkofalowej nieprzyjemności z powodu długofalowych nieprzyjemności, które ktoś nam sprawia bez oporu i bez konsekwencji. Wątpliwości z podjęciem działania mogą być także związane z lękiem przed potencjalną zemstą. W takich sytuacjach dajemy bierne przyzwolenie na wykroczenie. Innymi słowy: stajemy się współwinni. Szczególnie uczulam rodziców, którzy są przecież odpowiedzialni również za zdrowie innych. W kontekście zgłoszeń należy wziąć pod uwagę, że 8 na 10 gmin w Polsce nie ma skutecznego systemu kontroli (dane według raportu Polskiego Alarmu Smogowego), a zatem można w nich palić śmieciami nie ponosząc żadnych sankcji. Najgorzej wypadają gminy wiejskie i miejsko-wiejskie. W miastach sytuacja wygląda nieco lepiej. Warto jednak zaznaczyć, że jest kilka instytucji, które mają obowiązek reakcji na takie zgłoszenie. Wójt gminy, burmistrz czy prezydent miasta odpowiedzialny jest za egzekwowanie ustawy antysmogowej. W gminach i miastach wójt/prezydent powinien skorzystać ze straży gminnej/miejskiej (o ile taka funkcjonuje) lub wysłać urzędnika na kontrolę. Strażnik może wystawić mandat, urzędnik zaś zgłosić sprawę do sądu lub na policję (do której też można się zwrócić bezpośrednio w przypadku podejrzenia wykroczenia, choć skuteczność reakcji akurat tej instytucji wydaje się teoretyczna). Więcej o zgłaszaniu problemów ze spalaniem odpadów do i przez urzędników możemy przeczytać na stronie SmogLab. Warto pamiętać, że w przypadku braku reakcji powyższych organów, pomóc może jeszcze Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska (odpowiedzialny za prowadzenie i tworzenie odpowiednich ewidencji i rejestrów dotyczących emisji) lub Państwowa Inspekcja Sanitarna (w przypadku zagrożenia zdrowia i życia). Osoby preferujące zgłoszenia anonimowe mogą „zgłosić kopciucha” przez stronę Ekoeter.pl. Gdy jednak nic z tego nie przynosi rezultatów, pozostaje nam wrócić do punktu pierwszego – uporczywie nagłaśniać sprawę i zachęcać innych do tego samego.
  4. Wyjściem alternatywnym, niewykluczającym żadnego z powyższych, byłby zakup maski antysmogowej. Do czego zresztą sam się przymierzam.

W tych gorzkich okolicznościach natury, patrzę z podziwem na moją pięcioletnią córkę, która szczerze zatroskana stanem środowiska, nie ma oporów stanąć przed domem jakiegoś „kopciucha”, wskazać go palcem i krzyknąć na całą ulicę, że „tutaj palą śmieci, a to jest bardzo, bardzo niegrzecznie”. Nie ma też problemu opowiedzieć o tym wszystkim dookoła w przedszkolu, poczekalniach czy podczas spotkań.

Podobno mój lokalny urząd gminy zakupił drony, które mają kontrolować stan powietrza nad loklanymi gospodarstwami. Być może uruchomią je w przyszłym roku. Mam nadzieję, że przyniesie to zamierzone efekty, a nie będzie służyć tylko promowaniu gminy przez pryzmat korzystania z zaawansowanej technologii.

Na razie myślę o tym, że w sezonie grzewczym, gdy suche powietrze w sypialniach negatywnie wpływa na nasz układ oddechowy, boję się przewietrzyć dom, bo zrobię nam jeszcze większą krzywdę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *