Omnia mea mecum porto, czyli jak się ograniczać w drodze

Piszę te słowa nad chmurami, widok za okienkiem przypomina oglądany z góry lodowiec. Jakieś pół godziny temu opuściłem lotnisko w Kopenhadze. Przez ostatnie trzy tygodnie nieustannie zmieniałem lokalizacje. Okęcie, Landvetter, Okęcie, Schiphol, Okęcie, Kastrup, Gardermoen, Kastrup, Okęcie, Kastrup, Okęcie. W trzy dni przejechałem w poprzek Danię. Dwa razy. W niespełna tydzień – niemal całą Holandię. Ostatni post opublikowałem zresztą na lotnisku w Amsterdamie, czekając na otwarcie gate’u.

W pewnym sensie czuję się jakbym sam – nie tylko mój telefon – był w trybie samolotowym. Przez ostatnie dni myliły mi się dni tygodnia, numery pokojów w hotelu, hole windowe, godziny śniadania, sieci Wi-Fi. Z drugiej strony mapy lotnisk, zwłaszcza Chopina, mam już praktycznie rozrysowane w głowie. Wiem, gdzie jest najlepsza kawa, gdzie rozsądne zabawki, gdzie burger, który rzekomo „jest zdecydowanie najlepszym wyborem”. Zdaję sobie sprawę, gdzie w na lotnisku w Kastrup nigdy nie jeść pizzy, gdzie nie szukać dziecięcych pamiątek albo którą toaletę wybrać, jeżeli zależy mi na czystości i braku kolejek.

Podziwiam tych, którzy nieustannie podróżują służbowo, dajmy na to: konsultantów biznesowch. W takim natężeniu podróżowanie okazuje się naprawdę wyczerpujące. W dodatku, z dala od rodziny, od codzienności, którą po maratonie delegacyjnym o wiele łatwiej docenić.

Gdy co chwila jest się w drodze, w szczególności na trasie lotnisko-hotel-biuro-lotnisko, nie ma czasu na rozdrabnianie się w kwestii bagażu.

Przez ostatnich kilka lat bogatych w międzynarodowe delegacje uświadomiłem sobie, co jest mi naprawdę potrzebne w drodze, a co jest zbędnym, dodatkowym ciężarem. W ciągu ostatnich trzech tygodni udało mi się wypracować optymalny model. Taki, gdzie nie muszę zawracać sobie głowy myśleniem, czy na pewno nie potrzebuję czegoś więcej.

Po pierwsze, nie potrzebuję zapasu. Kiedyś brałem o jedną koszulę albo jedną parę skarpetek więcej – tak na wypadek, gdyby… no właśnie: co? Gdybym polał się keczupem albo wpadł do rzeki po kolana? Biorę dokładnie tyle sztuk garderoby, ile dni spędzam poza domem. Wyjątek stanowią buty i spodnie, aczkolwiek tylko ze względu na fakt, że te brudzą się szybciej (odwiedzam raczej śnieżne i deszczowe kraje), poza tym skórzane buty wymagają „oddechu”. Nie potrzebuję więcej niż jednego t-shirtu, jeśli i tak 90% czasu spędzam w pracy albo na służbowej kolacji. Tak więc konieczność przebierania się w coś wygodniejszego nie jest podstawową potrzebą.

Po drugie, stawiam na bagaż podręczny. Bez rejestrowanego. To dla mnie znacząca korzyść czasowa, gdy nie muszę bezproduktywnie czekać przed taśmą. Wolę być szybciej na miejscu, czyli w domu lub w hotelu. Poza tym to oszczędność finansowa. Jeśli latasz często, to nie ma się co oszukiwać – po kilku trasach twoja torba nie wygląda zbyt dobrze, gdy wchodzisz do biura. Albo (co również mi się zdarzało) niezbyt przyjemnie się ją prowadzi bez urwanego kółka. Dlatego tez warto zainwestować w solidną torbę, która się tak łatwo nie ubrudzi ani nie zniszczy. Zwykle biorę też torbę na laptopa; polecam taką z kieszenią, przez którą można przełożyć uchwyt do torby podręcznej. Po „montażu” mam wtedy nadal jeden bagaż do ciągnięcia/dźwigania.

No i jest też „czynnik motywacyjny”. Kiedy wiem, że biorę tylko jedną walizkę podręczną, po prostu nie mam wyjścia – muszę się zmieścić z rzeczami. I udaje mi się to, nawet mimo zapasowej pary butów w środku. Ostatnio spróbowałem zastosować też w walizce metodę składania ubrań KonMari. Nie skłamię, gdy powiem, że dało mi to jakieś 25% więcej miejsca, np. na ładowarki do laptopa czy komórki, które wcześniej wypychały mi torbę na laptopa.

Trzeci apekt – książki, czasopisma i inne drukowane umilacze czasu. Kiedyś potrafiłem wziąć nawet trzy powieści na trzy dni podróży. Nie dlatego, że wierzyłem w przeczytanie wszystkich, ale ze względu na tzw. wszelki wypadek (żeby mieć wybór w zależności od nastroju). Jak teraz to piszę, mam ochotę puknąć się w głowę. Od jakiegoś czasu biorę maksymalnie jedną książkę, w dodatku małą lub cienką. Podczas podróży między ciężkimi dniami w pracy, siły mi wystarcza na co najwyżej jakiś serial z Netfliksa. Teraz już to wiem i postanowiłem przestać się oszukiwać.

Co działa u mnie, nie musi działać u ciebie. Prawda jest jednak taka, że portfel i smartfon załatwiają większość roboty. Elektroniczna karta pokładowa to mniej stresu przy szukaniu i pilnowaniu papierów. Google Maps to oszczędność czasu i frustracji. Jeśli jest coś, co muszę sprawdzić na miejscu, nie martwię się tym na zapas. Jeśli mam kartę kredytową, to nie muszę się martwić nagłą „awarią”. Poza tym na lotnisku znajdę wszystko, czego potrzeba lub przynajmniej wskazówkę, jak to załatwić.

Kiedyś planowałem podróże z dużym wyprzedzeniem, co zajmowało sporo czasu i zaśmiecało pamięć. Teraz odpuściłem. Pakuję się przez jakiś kwadrans. Nie martwię się o limity bagażowe. Mam czas na inne rzeczy: rozrywkę, posiłek, nadrabianie zaległości lub po prostu refleksją. Nawet w hali odlotów czy przylotów, w dzikim tłumie podróżnych, rozkojarzonych sprzedawców i głośnych wezwań do gate’ów czy komunikatów bezpieczeństwa. Wbrew pozorem, nawet w takich warunkach można pobyć samemu ze sobą.

P.S. Dopiero co wylądowałem na Chopinie. Zastała mnie nieoczekiwana śnieżyca i potrójne korki na A2 i A1. Ciekawe, co powie moja starsza córka na widok zdjęcia znad chmur.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *