O kulturze śmieciowej

Gdy spacerujemy z rodziną przez las, przynajmniej dwa lub trzy razy słyszę: „Tato, patrz, łobuzy!”. Moja córka staje wtedy na drodze jak wryta i wskazuje palcem ślad po „łobuzach”. Najpierw jest zaskoczenie, później oburzenie. Tłumaczymy sobie, że tak nie wolno, że to nieładnie, kiwamy zgodnie głowami, a potem idziemy dalej – nierzadko „szlakiem łobuzów”.

Mowa oczywiście o nielegalnie wyrzuconych śmieciach. Mieszkam niedaleko wielkiego miasta, ale jednak poza miastem, z małym lasem od zachodu i większym niespełna kilometr na wschód. Na pewno bliżej natury, niemniej jednak daleko do ideału zielonej osady.

W pobliskim lesie i zagajnikach piętrzą się przeróżne odpady. Najczęstsze z nich to pozostałości po spotkaniach towarzyskich, czyli butelki po wódce i likierach, puste paczki po papierosach, folie, zużyte kondomy, plastikowe butelki po napojach. Drugą ważną kategorię stanowią odpady budowlane, a trzecią – zepsute lub zużyty sprzęt AGD i inne elektroodpady. Zdarzało się mi znaleźć w gąszczu drzew nawet zestaw opon, a nawet muszlę klozetową, jakby zostawioną komuś „na wszelki wypadek”.

Wyobraźnia ludzka nie zna granic. A w zasadzie – to brak wyobraźni potrafi być bezgraniczny. O ile te setki i zero-dwa rozrzucone po leśnych alejach to przejaw narodowego problemu alkoholowego i niedbalstwa (wynikającego z różnych czynników), o tyle wyrzucenie dziesiątek kilogramów papy czy zepsutego odbiornika TV to już czyste wyrachowanie. Mógłbym uciec się do epitetów i rzec: egoistyczna oszczędność. Powiem jednak: polskie cwaniactwo. Oczywiście, kombinują nie tylko Polacy. I oczywiście – przecież nie każdy Polak cwaniakuje.

Z drugiej strony mam jednak w pamięci sąsiedzkie i koleżeńskie rady, gdy w trakcie budowy domu byłem na etapie kupna i instalacji betonowego zbiornika asenizacyjnego. Wszyscy jak jeden mąż radzili: „Wybij sobie od razu dziurę na dnie, nie będziesz musiał płacić, wszystko pójdzie w ziemię, a ty wybierzesz ze dwa razy na rok, zaoszczędzisz”.

Dodam, że na mojej ulicy stoi około dwudziestu domków jednorodzinnych. Wywóz nieczystości zamawia regularnie ok. 6-7 gospodarstw (w tym moje).

Od kilku lat w mojej gminie kultura segregacji odpadów polepszyła się. Raz na dwa tygodnie przyjeżdżają śmieciarki i furgonetki, by opróżnić kosze i zabrać odpowiednie worki. W dużych miastach też zaczyna się coś dziać, głównie ze względu na rozporządzenie Ministerstwa Środowiska, obowiązujące od 1 lipca 2017. W tym roku, od 1 lipca, chociażby Lublin i Łódź będą zobowiązane wdrożyć nowe zasady segregacji.

Co innego jednak ustawodawstwo, co innego real. Na przykład ułatwienie w postaci wywozu odpadów wielkogabarytowych niesie ze sobą nieprzewidywalne (przynajmniej przeze mnie) skutki. Gdy ostatnim razem wystawiłem na noc swoje „gabaryty”, by od rana zabrała je ciężarówka, skończyło się na… niesmaku.

Otóż jednym z moich odpadów był zepsuty robot kuchenny. Wyglądał jak nowy, ale nie działał i nie dawał się naprawić. Rano – jeszcze przed przyjazdem firmy – już go nie było przed moim domem. Najprawdopodobniej komuś sprzęt się spodobał, więc go skonfiskował. Można by powiedzieć: „Okej, może ktoś wziął, bo go nie stać na nowy, a ten wyglądał nieźle; jak się odda do naprawy, to się nawet skorzysta”… Kłopot w tym, że kilka dni później znaleźliśmy go, rozbebeszonego, przy jednej z alejek w lesie, razem ze stertą innych odpadów. Nie ma mowy o pomyłce, to był ten sam robot. Prawdopodobnie ktoś wyjął z niego elementy nadające się na złom, a resztę zwyczajnie porzucił.

Tak więc w ostatecznym rozrachunku można uznać, że chcąc legalnie pozbyć się elektroodpadu, paradoksalnie przyczyniłem się do zanieczyszczenia środowiska.

A oto pytanie, na które nie umiem znaleźć jasnej, satysfakcjonującej odpowiedzi: kto jest winny tej sytuacji?

Ja? Ten, który sobie robota przywłaszczył? Firma zbierająca odpady? Ustawodawca? System? Ktoś inny?

To może i truizm, ale dopóki nie wykorzenimy egoistycznego myślenia i cwaniactwa – czy to łagodnie, za pomocą ciągłego uświadamiania i dobrego przykładu, czy też na siłę, poprzez sankcje – nie mamy co liczyć na to, że problem się rozwiąże. A już na pewno nie w pełni konsumpcyjnego szaleństwa, w którym się obecnie większość ludzkości znajduje.

Możemy jednak minimalizować straty. Jak w wielu przypadkach, najlepiej zacząć od siebie.

Spróbuj sobie odpowiedzieć na pytania:

  • Czy wiesz, gdzie jest lokalny punkt zbiórki ZSEE – zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego, gdzie sam/a możesz pozbyć się swoich odpadów?
  • Kiedy ostatnio wywiozłaś/wywiozłeś tam elektrośmieci?
  • Jak często zdarza ci wyrzucić elektroodpady (np. telefon, słuchawki, zasilacz, myszkę, klawiaturę) do „zwykłych śmieci”?

Wnioski, rzecz jasna, proponuję zachować dla siebie.

* * *

Jeśli ciekawi cię (lub dręczy) ten temat, wpadnij tu za tydzień. Opowiem więcej o koncepcji postarzania produktów, wpływie elektroodpadów na środowisko, rosnącej ilości pożarów na wysypiskach i dwóch mrocznych miejscach, w których kończą nasze laptopy i smartfony.

Jedna odpowiedź do “O kulturze śmieciowej”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *