Na świeczniku. Przemyślenia introwertyka

Podczas pierwszego tygodnia mojego zatrudnienia w poważnej instytucji finansowej przeżyłem prawdziwe, kontrolowane upokorzenie.

Uczestniczyłem wówczas w szkoleniu wstępnym razem z zespołem, którym przez następne dwa lata kierowałem. Jednym z bloków szkoleniowych było wprowadzenie do metodologii prowadzenia codziennych spotkań zespołowych. Takich na stojąco, przy białej tablicy z targetami, z analizą wyników i rozplanowaniem zadań.

Prowadzący wywołał mnie do najmniej wdzięcznej roli w symulacji – lidera zespołu (którym de facto wtedy byłem). Ćwiczenie polegało na poprowadzeniu spotkania, w którym każdy pełni określoną, skrzętnie zaplanowaną rolę. Moi przyszli współpracownicy, rzecz jasna, również grali w przedstawieniu swoje partie. Ich sekretnym zadaniem było robienie wszystkiego, by to zebranie rozwalić od środka.

Spektakl już z założenia miał się okazać porażką. Czyli pokazywać, w jaki sposób łatwo można stracić kontrolę nad strukturą spotkania i ciągłością myśli.

Tak więc ja, rasowy introwertyk, grający w bólach główną rolę, z całego serca nienawidzący wystąpień przed publiką i preferujący styl zarządzania z ukrycia, stałem na środku sali i z uśmiechem przyjmowałem ciosy od moich przyszłych podopiecznych. Stres i zażenowanie na poziomie krytycznym. Prawdziwy chrzest bojowy.

Pamiętam, że lekko się załamałem na myśl o tym, że tak może się zaczynać każdy mój dzień w nowej firmie.

Jakieś trzy lata później zebrałem pulę wspaniałego feedbacku i pochwał za poprowadzenie projektu szkoleniowego dla liderów zespołów i menedżerów w dziedzinie zgodności prawno-regulacyjnej (a więc średnio seksownej dla przeciętnego odbiorcy). Jednocześnie regularnie prowadziłem wystąpienia na spotkaniach kwartalnych w języku polskim i angielskim jako jeden z głosów menedżmentu, czyli pod presją blisko 400 par oczu obserwujących każdy mój ruch. Prowadziłem też prezentacje firmowe na dniach otwartych, itd.

Co więcej – zaczynałem to na swój sposób lubić.

Żaden ze mnie trener biznesowy czy mówca motywacyjny. Nie uważam też, że posiadam w tym obszarze wyjątkowy talent. Prawie wszystko, czego się przez ostatnie kilka lat nauczyłem w dziedzinie wystąpień, wynikało ze zwykłego zdobywania doświadczenia, wyciągania wniosków oraz obserwacji osób, które w tym fachu są tuzami.

Dziś chciałbym się podzielić kilkoma wskazówkami i przemyśleniami, które są rezultatem moich własnych doświadczeń, a które nie dość, że pozwoliły mi ograniczyć stres w typowych biznesowych sytuacjach, to jeszcze pozwoliły mi rozwinąć niektóre kompetencje.

  1. Pieprzyć strefę komfortu! Poważnie. Brzmi jak kalka ze stu milionów motywacyjnych memów i artykułów biznesowych, ale jeśli nie zaczniesz od tego, to nie mamy o czym rozmawiać. Praktycznie niemożliwe jest zdobycie czegoś, czego nie masz w genach, bez wykraczanie poza to, w czym czujesz się dobrze i bezpiecznie. Prawdopodobnie w jakimś stopniu polegniesz – i oby tak było, bo dzięki temu nie popełnisz tego samego błędu ponownie.
  2. Wiedz, o czym mówisz. Jeśli prowadzisz prezentację na temat, w którym nie czujesz się pewnie, istnieje spore ryzyko, że nie pójdzie ci zbyt dobrze. Zaczniesz się motać przy detalach. Ktoś zada szczegółowe pytanie, a ty zaczniesz kręcić, jąkać się, powtarzać w kółko to samo. Albo też zanudzisz wszystkich ogólnikami. W najlepszym razie ktoś wyjdzie z sali i przy biurku już nie będzie pamiętał o czym była mowa.
  3. Nie lekceważ przygotowania. Bądź mądrym jazzmanem – improwizuj tylko jeśli czujesz się z tym dobrze i wiesz, że masz podstawy, które pozwolą ci utrzymać rytm i strukturę wystąpienia. Po swojej najbardziej improwizowanej mowie, którą wygłosiłem, niektórzy powiedzieli, że była „najlepsza ever”. Problem w tym, że wcale nie była najlepsza, nie była nawet dobra – miałem akurat trochę szczęścia przy lekkim temacie i wyjątkowe dobre flow tego dnia. Wymuszona improwizacja zawsze jednak przegra z porządnym przygotowaniem. Czym lepiej zaplanujesz, co powiesz i jak powiesz, tym większa szansa na udane wystąpienie, a przy tym znaczna redukcja stresu. Do tego należy pamiętać o tym, że „trochę techniki i się gubimy”. Ileż to rokujących spotkań straciło swój potencjał i energię przez niedziałający sprzęt, problemy z dźwiękiem czy brak Internetu! Testuj urządzenia i software tyle razy, ile potrzeba (albo i więcej), zwłaszcza w dniu i w miejscu prezentacji. Cóż, na pewno znasz pojęcie „złośliwości rzeczy martwych”.
  4. Poznaj swoją widownię. Zastanów się, przed kim występujesz – pomyśl o doświadczeniu, wieku, piastowanej pozycji. Gdy rozeznasz się już w temacie, dostosuj swoje wystąpienie, by upewnić się, że cel prezentacji zostanie osiągnięty. Bardzo dobre show może stać się spektakularną klapą, jeśli przedstawisz je niewłaściwej publiczności. Łatwo stracić pewność siebie widząc, jak publiczność „nie chwyta”.
  5. Niech będzie fun & sexy. Zbiorowe poczucie humoru słuchaczy to często wielka niewiadoma, do której poczucie humoru mówcy niekoniecznie musi pasować. Nie mam jednak wątpliwości, że gdy uda się przemycić kilka rozsądnych żartów czy zabawnych komentarzy, publiczność się przekonuje i zaczyna aktywnie słuchać. Drugim ważnym aspektem, poza lekkim ubawieniem publiczności, jest ubarwienie przekazu. Po doświadczeniach ze szkoleń na temat Compliance wiem już, że z każdego tematu da się zrobić wciągające widowisko. Trochę storytellingu, ciekawych anegdot, faktów czy też przykładów z życia pozwoli ci utrzymać uwagę odbiorców lub zaciekawić tematyką.
  6. Kontroluj mowę ciała. Umiarkowane, ale wyraziste gesty, otwarte pozycje. Pewny krok i mocna, stabilna pozycja. Nie krzyżuj nóg, nie opieraj się. Wiadomo. Hmm, no niby wiadomo, ale dlaczego nie mamy wokół siebie setek wielkich mówców? W redukcji stresu pomaga mi również spokojne poruszanie się po scenie/sali – w ten sposób też zmuszam innych do aktywniejszego słuchania.
  7. Kontroluj mowę. Modulacja, głośność, pauzy – to wszystko elementy istotnej układanki. Czasami gdy zdarzało mi się mieć lekką tremę (u mnie objawia ona się m.in. drżeniem głosu), zaczynałem szkolenie od tzw. przekazania pałeczki innym – na przykład zadawałem jakieś pytanie na forum, rzucałem kontrowersyjny komentarz. W czasie dyskusji trema związana z faktem wypowiedzi stopniowo mijała, a ja włączałem się z głównym przekazem już gładko. Staram się też mówić naprawdę głośno, ponieważ wzmacnia mnie to psychicznie i pozwala wygłuszyć ewentualne drżenie w głosie. Okej, a gdy zadbasz już o swój głos…
  8. …zadbaj o głos innych. To kolejny pomysł na zwiększenie uwagi odbiorców. Jak pozwalasz się komuś wypowiedzieć, włączasz go w temat i czynisz w jakimś stopniu współodpowiedzialnym za to, co się dzieje. Jeżeli widownia/słuchacze dobrze się czują, to i ty (jako osoba prowadząca) będziesz dobrze się czuć. Przykładem totalnej porażki w tej kwestii pozostaną dla mnie na zawsze wykłady na studiach, gdzie wykładowca nie przykłada się do zadania i jedynie „odwala” swoje, a jednocześnie publiczność niespecjalnie przejmuje się tym, co wykładowca ma do powiedzenia, tylko ziewa i powolutku przymiera w ławce.
  9. Produkuj mądre PowerPointy. Znajdziesz na ten temat tuziny artykułów w sieci, nie ma się co powtarzać. Przyjmij strategię wędkarza w kwestii slajdów – nęć, zarzucaj haczyk, nie używaj zbyt wielu słów, obserwuj spławik. Jak poczujesz branie – ruszaj! Ja czasami umieszczam wprawdzie kilka zdań na slajdach, jeśli potrzebuję odnieść się do szczegółowych danych, w których łatwo się pogubić. Ale robię to z umiarem. No i staram się w międzyczasie przechwytywać wzrok uczestników prezentacji (gestami, pytaniami, intonacją), żeby ich „nie stracić”.
  10. Wiarygodność to podstawa. Oczywiście – oglądaj innych, czytaj o dobrych praktykach, słuchaj przemówień. LinkedIn, HBR, TED talks, gdziekolwiek. Szukaj inspiracji, by znaleźć swój styl. A potem szlifuj swój własny, szlifuj, dopieszczaj. Pamiętaj jednak o podstawowej zasadzie – bądź przy tym sobą. Sztuczność niszczy cały efekt. Ludzie od razu wyczują, jeśli będziesz udawał kogoś, kim nie jesteś.

Uważam, że przeszedłem ciekawą drogę. Co najważniejsze – rozwinąłem kompetencję, o którą kilka lat temu na pewno bym się nie podejrzewał.

W świecie, w którym zdolność efektywnej komunikacji twarzą w twarz staje się prawdziwym atutem (i to nie tylko w pracy), czuję się dzisiaj znacznie pewniej. Bezpiecznie.

 

____________________________________________________

Powyższy wpis jest czwartym epizodem z serii #TresuraStresu, który dotyczy zarządzania stresem w miejscu pracy. Moim celem jest zaproponowanie ci strategii lub technik, które pomogą ograniczyć niepotrzebny stres i napięcie, a przy tym wpłynąć na wydajność i satysfakcję z wykonywania codziennych zadań.

Jeśli znasz inne metody lub chcesz się podzielić wrażeniami i doświadczeniami w tym temacie, zachęcam do pozostawiania komentarzy pod wpisem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *