My Why – czyli jak do tego doszło (cz. 3)

Praca nad sobą to praca bez końca. Najwyraźniej o tym zapomniałem, bo zacząłem marginalizować problemy. Mamy jesień 2017 roku i wróciłem niemalże do punktu wyjścia. Nie jest tak źle, jak już bywało, ale mózg i ciało ponownie wysyłają przedziwne sygnały ostrzegawcze.

W skali Holmesa i Rahe nadal pozostaję na poziomie 300+. W poprzedniej pracy mniej więcej co rok zmieniało się moje stanowisko na inne, każde z większą dynamiką zadań i odpowiedzialnością. Zaczęło mnie to obciążać nerwowo. Teraz, co prawda, zmieniłem pracę na mniej stresogenną, w dodatku z idealnym zakresem obowiązków, ale to wciąż kolejna zmiana otoczenia.

W domu mamy już dwie córki – od ponad roku jest z nami Amelia. Tak, jak w przypadku starszej pociechy, pojawienie się dziecka w naszym domu wiązało się z rozmaitymi, trudnymi okolicznościami. Ponadto zaniedbałem zdrowy tryb życia, z każdym miesiącem coraz rzadziej grałem w squasha lub słabiej motywowałem się do wsiadania na rower. Przytyłem – głównie w wyniku niewłaściwej diety, ale też nieregularnych posiłków lub skłonności do słodyczy i przekąsek.

Coż, gdy po ciężkim dniu pracy twój wieczór to jedynie godziny obsługi dwójki żywiołowych dziewczynek, sprzątanie lub inne domowe obowiązki, chcesz sobie sprawić nagrodę – przecież „zasłużyłeś na nią”. Mogłaby to być lektura książki, spacer, wyjście na siłownię, partyjka szachów lub inne sposoby spędzania wolnego czasu, a jednak to wszystko „za trudne”. Wymaga wysiłku fizycznego lub psychicznego. A po ciężkim dniu nie ma na to siły. Wieczorem zostaje film, serial, obfita kolacja plus czekoladowy batonik, chipsy, paluszki albo orzeszki (najlepiej w karmelu). W weekend – wyjazd do sklepu, może centrum handlowego, gdzie w bezlitosnym natłoku dźwięków i reklam wydaje się pieniądze na rzeczy, których się szczególnie nie potrzebuje. Ale to przynajmniej jest dużo łatwiejsze.

Taki był właśnie mój sposób rozumowania w ostatnich kilkunastu miesiącach. Dużo nad tym myślałem, analizowałem wiele czynników, które wpłynęły na powrót do złych nawyków. Byłem i nadal jestem ich świadomy, co nie znaczy jednak, że nauczyłem się radzić sobie z nimi w szerszym horyzoncie czasowym. Stało się jasne, iż siła woli (czyli coś, czym szczyciłem się w czasach bycia dwudziestoparoletnim studentem lub aspirującym pracownikiem biurowym), nie musi się przekładać na kolejną dekadę, która często bywa porą budowania rodziny i kariery. Gdy dodać do tego jeszcze osobowość nałogowca, poziom trudności robi się znacznie wyższy.

Co zatem poradzić, żeby rozwiązania przynosiły długotrwały skutek? Przecież zdawałoby się, że mam jak najlepszą motywację – kochającą żonę, dwie córki, własny dom, dobrą pracę, stabilizację finansową, brak większych problemów zdrowotnych w rodzinie… Jak można nie chcieć zrobić wszystkiego, żeby zadbać o swoje życie, by trwało jak najdłużej?

Założyłem, że rozwiązanie, które wcześniej jakoś działało, działać będzie w nieskończoność. A przecież współczesne życie składa się z ciągłych zmian i przeróżnych zawirowań. To również ewolucja charakteru, potrzeb, zainteresowań. Należy się więc częściej sobie przyglądać, zadawać pytania, kwestionować bieżący stan rzeczy. Przyszło mi pewnego razu do głowy, że wcześniej skupiałem się na metodzie, na tym, co zrobić albo jak zrobić. Mniej uwagi poświęciłem temu, dlaczego w ogóle chcę coś zrobić. Wydawało mi się, że było to jasne, lecz de facto mój cel nie był celem konkretnym. Bo „żeby nie umrzeć wcześnie”, „żeby nie paść na zawał”, „żeby nie osierocić dzieci” to nie są dobrze sformułowane cele. Zbyt ogólne, rozmyte, w dodatku zawierają negatywne konotacje – zniechęcające „nie” w środku i śmierć między wierszami. „Żeby nie to i żeby nie tamto”.

Dopiero po latach pracy w korporacji i dzięki wychowywaniu dzieci dotarło do mnie, że wizja (cel) to są przede wszystkim obrazy. Obrazy, które żeby bardziej motywowały, muszą być pozytywne. Niby taki drobiazg, semantyka, a to przecież nic innego jak nieustanne programowanie naszej podświadomości, o której pisał często chociażby Joseph Murphy. To, co o sobie myślimy/mówimy, ma wpływ na to, kim jesteśmy lub kim się stajemy.

Część odpowiedzi na swoje pytania i wątpliwości otrzymałem stosunkowo niedawno, jakieś dwa miesiące temu. Zainteresowany tytułem i konotacjami (głównie muzycznymi) obejrzałem film dokumentalny Minimalism. A Documentary About the Important Things. Przekaz trafił mnie prosto w serce. A w zasadzie – w głowę. To, o czym mówili Joshua i Ryan, twórcy strony The Minimalists, a także zaproszeni przez nich do filmu goście, stało się dla mnie prawdziwym zapalnikiem światopoglądowych zmian, przez które tak naprawdę już wówczas przechodziłem.

Może to bezpretensjonalne skumulowanie różnych alternatywnych sposobów na uproszczenie życia, może koncepcja świata oparta na wartościach, a może po prostu dobry timing. Na pewno zaś znaczny wpływ na pozytywny odbiór przesłania miało to, że sposoby na minimalizm prezentowane w dokumencie były w stu procentach dostosowane do naszych czasów, do ery Internetu, smartfonów, mediów społecznościowych, wyprzedaży, przedsprzedaży, wymogów korporacji i wielu innych „wynalazków”. Nie dostrzegłem tu radykalizmu, nie pojawiał się obraz mnicha czy ascety, który nie posiada żadnych przedmiotów, żywi się wyłącznie korzonkami i mieszka w szałasie. Joshua, Ryan i goście nie mówili wbrew pozorom nic niesłychanego, nie było tzw. wiedzy tajemnej, a mimo to ich przekaz okazał się świeży i adekwatny. Musiałem zgłębić temat, dokopać się w sieci do przeróżnych materiałów o minimalizmie jako stylu życia – do książek, blogów, artykułów, podcastów itp. Dodatkowo, po podjęciu kilku wyzwań zacząłem obserwować, jak minimalizm i świadome decyzje wpływają na mnie – poczułem ulgę, zmniejszony stres, wartość czasu i skupienia, a także mnóstwo innych korzyści w dalszym horyzoncie czasowym. Co tu dużo mówić – wzięło mnie na serio.

Nadal długa droga przede mną, ale z każdym tygodniem jest coraz lepiej. Wiem, że zmierzam w dobrą stronę. Czasami zrobię trzy kroki do przodu, a potem dwa do tyłu. Mimo to chcę dalej próbować korzystać z tej koncepcji i jej efektów, a także dzielić się nią z innymi. Stąd też idea bloga – platformy, dzięki której mogę promować przemyślane życie, opisywać własne doświadczenia, a także motywować się do dalszej pracy nad sobą. Bo ona, tak jak blog, to praca bez końca. Na szczęście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *