My Why – czyli jak do tego doszło (cz. 2)

 

Lekarz rodzinny i wszelkie następstwa.

Ciśnienie, glukoza, cholesterol. EKG, EEG, USG. Neurolog, tomografia, kolejny neurolog.

I nic.

Nigdy wcześniej tak bardzo nie martwiła mnie diagnoza „wszystko w normie”.

Zacząłem umawiać się na te wizyty, bo w ciągu dwóch czy trzech tygodni zaburzenia koncentracji i mowy wracały. Trochę już słabsze i krótsze. Niemniej jednak martwiły i mnie, i moją żonę. Tym bardziej, że kilka miesięcy przed pierwszym incydentem przechodziłem nietypowy ból głowy. Taki, który trwał nieustannie przez sześć tygodni, a w momentach nasilenia (czyli kilka razy dziennie po około godzinie) nie byłem w stanie ani myśleć, ani podnieść się z sofy. Po nic niedających wizytach u lekarzy i przeróżnych badaniach zdecydowałem się wówczas udać do znachora, który przyjmował na zapleczu swojego domu. Zadziwiające, że dwa dni po tej wizycie ból ustąpił. Znachor załatwił sprawę w pięć minut, lekarzom zaś nie udało się nic zdziałać przez niemal miesiąc. Ta wizyta to było jedno z moich bardziej wartościowych przeżyć ostatnich lat, kiedyś pewnie o tym napiszę.

Wracając jednak do sedna – jakiś czas po bólu głowy przyszły inne objawy (te, o których pisałem wcześniej). Po wielu badaniach jedyny pomysł, który miał jakikolwiek sens – bo nie była to na pewno diagnoza – padł od drugiego neurologa. Takiego, który sam miewał podobne incydenty. Mówił, że to kwestia ucisku żyłki w mózgu, który przekłada się na zaburzenia czynności mówienia, a ostatecznie na nasilony ból głowy. Lekarz wspominał, jak kiedyś pielęgniarki na dyżurze zarzuciły mu bycie pod wpływem alkoholu, ponieważ zaczął bełkotać jak pijany i słowa nie składały mu się w logiczną całość. Dla mnie brzmiało to bardzo znajomo.

Jednakże w konsekwencji dotychczasowych badań i wywiadu na temat mojego trybu życia neurolog pokusił się o wskazanie innej przyczyny moich objawów. To było tak proste i niespodziewane, że w pierwszym momencie odrzuciłem myśl jako absurdalną. Dopiero wracając od lekarza do domu zacząłem zastanawiać się, czy coś jednak może w tym być.

Powiedział, że to stres.

Zacząłem składać wszystko w całość. Wcześniej nie miałem podobnych objawów, co raczej potwierdzało tezę, że nie chodziło tu o jakiś ucisk żyłki. W ciągu trzech lat przed tamtym dniem zmieniłem pracę na znacznie intensywniejszą, zdążyłem dwukrotnie awansować, co wiązało się ze zwiększeniem odpowiedzialności oraz czasu pracy – ten zaś rozciągnął się na życie prywatne, a momentami je wręcz zawłaszczył. Później w naszym życiu pojawiła się Wiktoria, w dodatku w bardzo napiętych okolicznościach.

Przypomniałem sobie wówczas, jak dwa lata wcześniej, czyli pod koniec 2013 roku, poszedłem w pracy na warsztat pod hasłem „zarządzanie stresem”, który prowadziła moja przyjaciółka. Jednym z elementów spotkania było wypełnienie kwestionariusza w oparciu o Skalę Stresu według Thomasa Holmesa i Richarda Rahe. Gdy w ćwiczeniu uzyskiwało się ponad 300 punktów, wyników wskazywało 80% szansy na poważne podupadnięcie na zdrowiu w ciągu dwóch lat. Uczestnicy spotkania przyznawali się do rezultatów w granicach 50-200 punktów, ja miałem prawie 500.

Wyglądało na to, że test miał rację – konsekwencje zaczęły mnie dosięgać. Jak w zegarku.

Starając się iść za wskazaniami neurologa, żony i zdrowego rozsądku, zwracałem więcej uwagi na to, by w moim życiu zwiększało się miejsce na tzw. quality time. Więcej czasu na odpoczynek, na przyjemności, na samego siebie. Polubiłem squasha. Zaprzyjaźniłem się z rowerem. Wyjechałem nawet z ojcem na kilka dni na ryby. Pół roku później raz jeszcze wylądowałem w totalnej głuszy, by zbierać grzyby i zarzucać wędkę. To wszystko zaczynało przynosić efekty. Ataki pojawiały się coraz rzadziej, w odstępach nawet kilkumiesięcznych, w dodatku bywały coraz słabsze. Byłem na dobrej drodze. Zrozumiałem, że faktycznie za wszystkim musiał stać stres, a ja zacząłem mieć na niego sposób. Cóż, do czasu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *