My Why – czyli jak do tego doszło (cz. 1)

Nie umiem dokładnie powiedzieć, kiedy to się zaczęło, ale jestem w stanie wskazać moment przełomowy. Mam na myśli sytuację, po której stwierdziłem z całą pewnością, że coś jest nie tak.

Jesień 2015 roku. Skończyliśmy właśnie z żoną grabić liście sprzed naszego domu. Wróciłem do środka, żeby ogarnąć jeszcze kilka rzeczy w ramach sobotniego sprzątania i naszykować kolację dla naszej (wówczas niespełna dwuletniej) córki, Wiktorii. Ta w tym czasie – razem z mamą – bawiła się jeszcze na dworze przed nastaniem zmroku. Wspominam, że byłem na piętrze, ściągałem pranie z suszarki. Zauważyłem, że Wiki zaczynała się nudzić, stawała się marudna i coraz głośniejsza. Zawołałem przez okno, by podeszła do drzwi wejściowych. Od razu zszedłem na dół, wpuściłem ją do przedpokoju i tam o coś zapytałem. O co dokładnie – teraz już nie pamiętam. Chyba miało to związek ze zdjęciem kurtki lub butów. Wiem jednak, że mnie samego zdziwiło to pytanie, a raczej sposób, w jaki je zadałem.

Odruchowo powtórzyłem zdanie, ale zabrzmiało identycznie, co zdumiało mnie jeszcze bardziej. Nie miałem wątpliwości, że gramatyka była błędna – żeby nie powiedzieć „koślawa” (studia filologiczne mnie na to uczuliły). Zapytałem więc po raz trzeci. I czwarty. Bez zmian. Choć w myślach wiedziałem, jak powinienem sformułować proste zdanie do dwulatki, powtarzałem je ciągle tak samo – z błędem. Bez sensu gramatycznego, na granicy zrozumienia. W oczach Wiktorii dojrzałem lekkie, dziecięce zdziwienie. Mnie zaś nagle ogarnął niepokój.

Weszliśmy do salonu i powiedziałem do córki coś, co tym razem składało się już na logiczną całość, choć nie brzmiało do końca naturalnie. Odzyskałem kontrolę nad budową zdania, zwróciłem jednak uwagę na tempo wypowiedzi, które wyraźnie zmalało. Zacząłem mamrotać do siebie po cichu, na przemian po polsku i angielsku (nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego). Mimo że zdania miały sens, zacząłem odczuwać problem z samą artykulacją. Aż do teraz nie umiem wyjaśnić tej fazy, gdy nie mogłem otworzyć ust. Nie czułem żadnego bólu czy odrętwienia, nie straciłem czucia w mięśniach twarzy, a jednak moja funkcja mowy była wyraźnie zaburzona.

W tym czasie Marta (moja żona) wróciła już z podwórka do domu. Wyglądała na zirytowaną, chyba z mojego powodu. Najwyraźniej długo nie słyszałem, że mnie woła z dworu. Albo że nie zająłem się lepiej Wiktorią, która zdążyła już do tego czasu zrobić wielki rozgardiasz w salonie. Zaogniło się bardziej, gdy Marta mówiła coś do mnie istotnego, a ja, stojąc nad garnkiem z kaszką mleczną, próbowałem otworzyć usta, by cokolwiek powiedzieć. Rzecz jasna, z miernym skutkiem. Gdy wreszcie zdołałem wydusić z siebie coś w rodzaju powolnego „Mam problem z mówieniem”, zobaczyłem, jak zmienia się jej wyraz twarzy z poirytowanego na przestraszony. „Michał, co się dzieje?! Dlaczego tak mówisz? Co się stało?!”.

Położyła mnie na sofie, a ja wybełkotałem, że nie mam pojęcia, co jest grane. Byłem rozkojarzony. Totalnie rozkojarzony. Przypominało to jednocześnie stan wybudzenia w środku nocy i specyficzne odurzenie. Cały atak trwał około 40 minut. Po wszystkim rozbolała mnie głowa.

Do końca wieczora leżałem i udawałem, że nie widzę, jak mojej żonie chce się płakać, gdy co jakiś czas w środku zdania myliłem słowa.

Na przykład, gdy zamiast „na parkingu w Porcie” mówię „na parkingu w Polsce”.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *