Masz prawo milczeć

Amerykańscy gliniarze nie mogą się mylić.

You have a right to remain silent, tak zaczyna się słynne ostrzeżenie Miranda. Masz prawo zachować milczenie.

W hałaśliwym świecie miliardy ludzi dodają swoje trzy grosze (50 decybeli) do tego szumu.

Wolność słowa, jakkolwiek by nie była słuszna, daje ludziom wiarę, że mają prawo wyrażać swoje zdanie w każdym temacie.

Tak, oczywiście, że mają.

Z biegiem czasu jednak w ludziach tworzy się przekonanie, że ich komentarz jest poniekąd wymagany. Zawsze i wszędzie.

Biuro, sklep, internet, telewizja, restauracje – wszędzie pełno deklaracji i śmiałych opinii.

My, Polacy, najlepiej znamy się na polityce, piłce nożnej, leczeniu, nauce Kościoła. Wiemy najlepiej, co przystoi posłowi, księdzu i celebrytce, a co nie. Wiemy, jak Lewandowski powinien się złożyć do strzału, żeby zdobyć bramkę. Wiemy, jak się poruszać autem na drodze, gdy „reszta idiotów” nie ma o tym zielonego pojęcia.

Przez ostatnie kilka lat lubiłem przyjmować w rozmowach rolę „adwokata diabła”. W gruncie rzeczy, nadal lubię. Kulturalnie i subtelnie, ale z nastawieniem na rzeczowy dialog. Nie mam nic przeciwko temu, że ludzie chętnie wyrażają swoje zdanie. Zdarza mi się jednak mieć za złe formę, w jakiej formie zaczęto to robić.

W mojej rzeczywistości dokonała się w ostatnich latach zdecydowana polaryzacja poglądów i opinii. Czyżbyśmy wracali do kodu zerojedynkowego?

Polityka i religia to dwa najbardziej grząskie obszary wiedzy i przekonań. Jeśli podczas biurowej kawy lub na imprezie z alkoholem wdam się w rozmowę o jednym czy drugim, to mam wielkie szanse, że opuszczę przyjęcie skonfliktowany albo przynajmniej poirytowany. Dlatego i w pracy, i na imprezach zacząłem stronić od wdawania się w kłopotliwe rozmowy, ponieważ prawie zawsze oznaczają one kłótnie.

No właśnie: kłótnie.

Słowa takie jak „debata”, „dyskusja” zmieniają w powszechnej świadomości swoje podstawowe znaczenia.

Debata kojarzy nam się z przedwyborczym szałem, a tam zawsze spory i obrzucanie błotem.

Dyskusja przywodzi namyśl skojarzenia raczej z potęgowaniem konfliktu i eskalacją napięć, niż z wymianą poglądów czy metodą uczenia się.

Z kolei polemika jeszcze nie tak dawno wiązała się z rzeczową argumentacją w dyskusji na sporny temat, teraz zaś coraz bardziej wraca do swojej etymologii (gr. polemikós – wojowniczy).

Ze wspaniałej tradycji antycznych filozofów uczenia (się) poprzez dialog, zostało niewyraźne wspomnienie. Żeby nie powiedzieć gorzej.

Odnoszę wrażenie, że ludziom bardziej zaczęło zależeć na wypowiadaniu się, niż na słuchaniu.

Umiejętność słuchania stała się tak unikalnym „skillem”, że lada moment będzie można bez zażenowania wrzucić ją sobie do CV.

Przypomina mi się pewien amerykański eksperyment naukowy, który znacząco wpłynął na moje postrzeganie świata. Eksperyment ten wyraźnie potwierdzał jedną zależność – ludzie mający ugruntowane zdanie w danym temacie, w rzetelnych materiałach, świadczących zarówno za i przeciw ich poglądom, będą szukać wyłącznie potwierdzenia swoich przekonań, a odrzucać racjonalne argumenty świadczące przeciwko.

Dlatego pytam się coraz częściej: czy naprawdę warto? Czy warto na siłę?

Rzeźnia słowna, która się dokonuje w sekcji z komentarzami na większości portali woła o pomstę do nieba. Po zamachu na Adamowicza w Gdańsku zaczęto trochę więcej przykładać uwagi do odwodzenia od hejtu. Ale na jak długo? Pamięć ludzka jest przecież wyjątkowo krótka.

Apele apelami, ale z każdą następną, elektryzującą ludzi sprawą (obecnie jest to film Siekielskiego) nastroje społeczne będą przybierać na sile, a mniej czy bardziej anonimowi komentatorzy przestaną przebierać w środkach.

Prasa bulwarowa (choć nie tylko) oraz internetowe portale informacyjne (choć nie wszystkie) działają tu też na niekorzyść społecznego dyskursu. Wystarczy spojrzeć na sposób konstruowania nagłówków, ciągłe snucie domysłów, zostawianie niepokojących doniesień czy tworzenie pytań w sieciowych sondażach. Wszystko po to, by wywołać sensację, zmusić do zdecydowanych reakcji/opinii i dalszych kliknięć.

„Obywatel ma prawo wiedzieć”. Tym obosiecznym zdaniem zwykło się tłumaczyć artykuły na każdy temat. Czy obywatel ma prawo wiedzieć, która gwiazdka założyła lub nie założyła majtek?

Granica przyzwoitości – zarówno publikujących, jak i czytelników – dawno zaczęła zanikać. Jako przeciętny obserwator świata, coraz częściej mam problem z domysłem, gdzie ona się zaczyna, a gdzie kończy.

Według mnie piękne jest jednak to, że obywatel ma również prawo nie wiedzieć (pisałem o tym w zeszłym miesiącu).

Odkąd zdałem sobie sprawę, że tylko ode mnie zależy, czy zajmę w danym temacie stanowisko, odczułem ulgę. Odczuwam ją za każdym razem, gdy omijam dyskusyjną „minę” lub chowam się przed torpedowaniem argumentami.

Co do argumentów, to zbyt często opierają się na wybranych faktach (czasem fake newsach), skutkach oddziaływania bańki filtrującej i na indywidualnym doświadczeniu rozmówcy. Innymi słowy: w dużej mierze zależą od siły przekonywania, intelektu i doświadczenia interlokutora. Jeszcze inaczej: zawsze da się je zakwestionować.

Kiedyś, słysząc zniekształcone informacje, przekłamane fakty lub skrajne i krzywdzące stanowiska, lubiłem wdawać się w polemikę. Z roli adwokata diabła korzystałem wówczas chętnie, aż w końcu zdałem sobie sprawę, że zaczęło mnie to kosztować zbyt dużo energii. Zdarzało się, że takie rozmowy odbijały się też na relacjach.

Teraz w dogłębniejsze dyskusje wchodzę raczej wtedy, gdy dobrze wiem, jak reagują rozmówcy. Na palcach jednej ręki policzę osoby w moim otoczeniu, z którymi mógłbym na spokojnie poruszać się w każdym temacie, nawet mimo innych światopoglądów.

O wiele łatwiej i przyjemniej rozmawia się o tym, co łączy, a nie o tym, co dzieli.

Podkreślam, że warto mieć odrębne opinie i dzielić się nim, tylko że brak nam odpowiedniej kultury, by umieć radzić sobie ze zdaniem innym lub przeciwnym. Brak nam także wyczucia konieczności naszego komentarza.

Nikt nas nie uczy sztuki prowadzenia dialogu, dochodzenia do konsensusu. Działamy na podstawie obserwacji, a te z kolei zdobywamy ze złych źródeł. Dużo częściej znajdę artykuł na temat doskonalenia small talku, niż rzemiosła prowadzenia sporu.

Dlatego z całego serca polecam ćwiczenie milczenia. Na początku po trochu, bez radykalnych zmian. Oczywiście, nie mówię tu o byciu całkiem cicho, tylko o świadomym przemilczaniu własnych opinii.

Chodzi o to, by nie wchodzić w głęboką dyskusję. Nie przerzucać się argumentami, gdy temat uchodzi za kontrowersyjny, budzi niepokoje albo dotyczy subiektywnych odczuć. Posłuchać, co inna osoba ma dokładnie na myśli. Dopytać o podstawy danego przekonania, odniesienia do faktów czy prywatne doświadczenia. Spróbować zrozumieć motywację, która się kryje za opinią.

Może być tak, że po lepszym zrozumieniu dojdziesz do wniosku, że w gruncie rzeczy ty i rozmówca myślicie podobnie lub kierujecie się zbliżonymi wartościami. Czy warto wówczas tworzyć konflikty?

Może być tak, że podstawy, na których opiera się twój rozmówca, okażą się płytkie lub nieprawdziwe. Obopólne zacietrzewienie w dyskusji wzbudzi więc masę negatywnych emocji, a kontrowanie agresji zabierze ci sporo sił i humoru. Zadaj sobie pytanie, co chcesz tym samym osiągnąć? Czy potrzebujesz albo spodziewasz się przekonać dyskutanta o racjach? Czy będzie to gra warta świeczki?

Możesz też po prostu tylko aktywnie słuchać. Sprawdź, a zobaczysz, jak często rozmówcy zależy na twoim zdaniu, a jak często – na wygadaniu się.

Cisza leczy. Słowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *