Marka się przebrała

Kilka tygodni temu ubieraliśmy młodszą córkę. W tym czasie starsza córka zauważyła, że ubrania siostry są nowe. Zeskoczyła z kanapy i natychmiast do niej podbiegła. Pociągnęła za kołnierz bluzy i zerknęła na metkę. Nie umie nadal czytać, nie zna żadnej marki odzieżowej, ale z jakiegoś powodu uznała, że właśnie tak należy zrobić.

Wryło nas. Ani ja, ani Marta, nie podejmujemy tematu marek przy dzieciach. Nie zależy nam na logotypach. Co najwyżej ustalamy, których producentów unikać – przynajmniej od jakiegoś czasu. Jeśli coś sprawdzamy na metce, to głównie włókno i kraj pochodzenia. Ale przecież tych informacji próżno szukać na metce przy kołnierzu. Oczywistym stało się zatem, że córka kopiowała zachowania przedszkolne. Tak, ten temat dotyka już nawet pięciolatków! Chyba łatwo się domyślić, skąd czerpią wzorce.

Swego czasu w mediach dość głośno było o tzw. sweatshopach – zakładach wyzyskujących tanią siłę roboczą, z których „słynie” przemysł odzieżowy. Bangladesz, Indie, Chiny i Tajwan to zapewne najczęstsze kraje pochodzenia naszych ubrań. Jeśli u ciebie w szafie jest inaczej, to super – nie potrzebujesz czytać dalej.

szybko i tanio

W 2013 roku w Bangladeszu miała miejsce największa katastrofa budowlana w dziejach. Zawalił się budynek Rana Plaza w Szabharze, w którym znajdowały się mieszkania, banki, sklepy, a także odzieżowe fabryki. Do dziś nie jestem w stanie pojąć, że ponad tysiąc sto osób zginęło, a dwa i pół tysiąca odniosło obrażenia jedynie z powodu ludzkiej chciwości i olbrzymich zaniedbań. Obiekt  posiadał trzy nielegalnie dobudowane kondygnacje, a do środka wniesiono ciężkie maszyny tekstylne i ogromne generatory (mimo sprzeciwu architekta, bowiem budynek przeznaczony był na biura i mieszkania, a nie fabrykę). Co więcej, właściciele budynku zignorowali pęknięcia na kondygnacji zauważone dzień przed katastrofą i kazali pracownikom fabryki stawić się w pracy.

Jakiś czas temu obejrzałem godny polecenia film dokumentalny: The True Cost (dostępny na Netlix). Tłumaczył on zasady wyzysku w przemyśle odzieżowym, pokazywał perspektywę pracowników i bezlitosne zasady biznesu. Odnosił się również do stosunkowo nowego zjawiska w przemyśle, tzw. fast fashion. Kiedyś były dwa sezony ubraniowe: letni i zimowy. Potem ktoś wymyślił, że można rozszerzyć garderobę na wiosenną i jesienną. Obecnie mamy 52 sezony ubraniowe. Innymi słowy: moda zmienia się co tydzień. Obniżenie kosztów produkcji skutkuje oczywiście spadkiem jakości, ale pozwala to jednocześnie znacznie obniżyć ceny. Dzięki temu przeciętny konsument może częściej pozwolić sobie na nowy produkt. Na świecie panuje przecież przekonanie, że jak nowy, to lepszy. Nie cerujemy skarpetek ani t-shirtów, bo stać nas na wymianę produktów (uogólniam, rzecz jasna). Gdy sweterek się znosi, o wiele łatwiej kupimy nowy, niż odnowimy ten stary – bo czas, bo dodatkowy wysiłek, bo po co sobie zawracać głowę?

W 2014 roku nabyliśmy o 60% ubrań więcej, niż w roku 2000. Czy aż tak bardzo zmieniło się nasze zapotrzebowanie na ubrania w ciągu tych kilkunastu lat?

Ktoś powie, że po prostu spadła jakość odzieży, więc trzeba częściej kupować – z czym wypada się zgodzić, głównie jednak z pierwszą częścią argumentu. Ostatecznie nikt nas nie zmusza do kupna odzieży niskiej lub średniej jakości. Argument ceny nierzadko jest tylko pozorny. Dzięki planowaniu długoterminowemu i oszczędnościom może być nas stać na znacznie więcej, niż nam się wydaje.

Oczywiście, tu nie chodzi tylko o ubrania. Szacunki World Resources Institute wskazują, że w 2050 roku będziemy zużywać trzykrotnie więcej zasobów, niż na początku milenium.

Na dzień dzisiejszy, woda, którą mógłbym pić przez dwa i pół roku, wystarcza do wyprodukowania jednej bawełnianej koszulki. 2700 litrów! Myślę o tym, gdy czuję pokusę, by wyrzuć jakiś t-shirt i kupić nowy.

Czyli jednak poliester? Niekoniecznie. Ślad węglowy związany z produkcją poliestrowych ubrań jest dwa i pół razy większy niż przy odzieży bawełnianej. W samym 2015 roku w związku z produkcją poliestrowych tekstyliów uwolniono do atmosfery 706 miliardów kilogramów gazów cieplarnianych. Ciężko to sobie wyobrazić, więc dla porównania powiem, że to tyle, co wytwarza 185 elektrowni węglowych. Nie wspominając już o kwestii mikroplastiku, o tych tysiącach włókien przedostających się do zbiorników wodnych przy każdym praniu.

(Bez)względność mody

Nieszczególnie interesuję się modą. Mniej więcej wiem, co na siebie założyć, by lepiej wyglądać. Wiem też, jak zawiązać krawat lub jak go połączyć ze wzorem na koszuli. Nie mam jednak zielonego pojęcia, dlaczego taki-a-nie-inny kolor będzie królował wiosną, a dlaczego dany fason od zimy staje się passé.

Owszem, zauważam, że co jakiś czas moda wraca – a to lata 50-te, a to 80-te – aż nagle coś super-na-topie znika lub staje się symbolem kiczu. (Ach, symbole kiczu też wracają, zwykle od razu jako produkty en vogue). Nie zaszkodzi zastanowić się nad przyczynami.

Główkowanie laika prowadzi mnie, przy okazji, do następujących pytań:

A) Czy jest gdzieś jakaś kapituła lub najwyższa instancja, która ustala modowe trendy i przekazuje decyzje odzieżowym przedsiębiorcom i opiniotwórczym mediom?
B) Czy jakiś guru lub jakaś wyrocznia wskazuje palcem na ubrania i mówi: „Oho! Czas na boho!” albo „Latem i na jesieni – bez pastelowych odcieni”?

Powyższe pytania są oczywiście teoretyczne i czysto zaczepne.

Wiemy jednak doskonale, że pewne elementy garderoby (czy ich kolory, fasony) są uniwersalne. Mała czarna, szpilki, dżinsy, t-shirt, garnitur, krawat, czarny smoking, biała koszula z długim rękawem – te pomysły przetrwały dekady i zapewne przetrwają kilka kolejnych.

Oznacza to, że istnieją ubrania ponadczasowe. Skoro tak jest, to po co właściwie nam moda?

Do czego konkretnie jest nam niezbędna? Którą potrzebę zaspokajamy? I czyją?

Nie jest łatwo iść pod prąd, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Rynkowe mechanizmy i marketingowe mózgi będą nas starannie ukierunkowywać, przekonywać, że wszystko jest pod kontrolą. Że istnieją wysokie standardy, że certyfikaty, że już wdrożono usprawnienia, że high quality, że Sale! Sale! Sale!

Staramy się z Martą unikać sieciówek i sklepów, które oferują odzież produkowaną w Bangladeszu, Indiach czy Chinach, ale nie jest to takie proste. A mieszkamy przecież koło wielkiego miasta… Nawet w sąsiadującej z naszą miejscowości znajdę kilka sklepów z odzieżą. Tymczasem okazuje się, że realnie niewiele jest miejsc, w których mogę kupić polski lub europejski produkt, który będzie na mnie dobrze leżał, znajdę egzemplarz w odpowiednim rozmiarze, jego jakość będzie zadowalająca, a do tego uda się go kupić w dogodnym terminie.

Współczesny człowiek ceni sobie wygodę i duży wybór, dlatego też ubrań będzie szukał w centrach handlowych, gdzie w jednym skupisku sklepów znajdzie tysiące opcji, które z każdym rokiem są coraz bardziej w zasięgu cenowym. Czasami potrzeba czegoś natychmiast, od ręki, a wtedy od razu przychodzi do głowy kolejna galeria, kolejne złote tarasy, arkadie i manufaktury. A w każdej z nich te same witryny, te same rzeczy, te same hasła.

niewidzialny SKŁaDNIK

Niedawno wrzuciłem do bagażnika samochodu szarą bawełnianą koszulkę znanej marki. Trafiła tam z przeznaczeniem „na szmaty”, czyli do sprawdzania oleju albo czyszczenia tapicerki. Dołączyła do kilku innych moich t-shirtów, które niekiedy kończą swój żywot w ten właśnie sposób. Jedyna różnica między nimi była taka, że ta koszulka miała jakieś czterdzieści lat (inne nie przetrwały pewnie nawet czterech sezonów).

Mój ojciec nosił ją w młodości, gdy jeszcze trenował rugby. Miała wyszyte na piersi czerwone logo, które jest rozpoznawalne do dziś. Pamiętam, że gdy mi ją dawał, miałem blisko dwadzieścia lat. To był mój pierwszy markowy element garderoby. Nosiłem czerwone logo z dumą.

Dziewięć lat temu moja żona zalała ten t-shirt łzami wzruszenia podczas wspólnego oglądania „Co się wydarzyło w Madison County”. Gdy koszulka zaczynała się w końcu trochę rozłazić, nie mogłem jej po prostu wyrzucić, więc została koszulką do spania. Następnie – wspomnianą wcześniej pomocą do auta. Jeszcze tej zimy wycierałem nią samochód na samoobsługowej myjni. Moja pięcioletnia córka stała obok – rozbawiona i zafascynowana jednocześnie – patrząc, jak myje się auto. Doglądała, chichotała, uciekała, gdy wiatr przeganiał mgiełkę w jej stronę.

Wydaje mi się, że kiedyś ubrania miały swoją historię. Teraz ta historia dzieje się głównie na wysypiskach i w magazynach.

Ta sama marka, która widniała na tamtej koszulce, dzisiaj nie robi już na mnie wrażenia. „Made in USA” zastąpiły nazwy krajów trzeciego świata. Jak prawie wszędzie.

Od miesięcy chodzą mi po głowie dwie sceny z The True Cost. Na pierwszej z nich nastoletnie amerykańskie youtuberki prezentują widowni zestawy ubrań, zakupione w sieciówkach; jedna z nich mówi: To naprawdę ładny niebieski sweterek… Nie wiem w sumie, czy będę go nosiła, bo chyba mi się aż tak nie podoba.

Druga scena przedstawia Shimę, zatrudnioną w jednym z bangladeskich sweatshopów, pracującą tylko po to, by zapewnić byt i przyszłość córeczce, której praktycznie w ogóle nie widuje ze względu na pracę. Kobieta patrzy przed siebie i mówi tak, aż pęka serce: Ludzie nie mają pojęcia jak, ciężko produkuje się te ciuchy. Oni tylko je kupują i noszą. Te ciuchy produkujemy własną krwią. Wielu pracowników ginie w czasie różnych wypadków. (…) Nie chcę, by ktokolwiek nosił coś, co jest wyprodukowane na naszej krwi.

2 Replies to “Marka się przebrała”

  1. Bardzo dziękuję za ten tekst i za historie, którymi się podzieliłeś. True cost to chyba najważniejszy dokument, jaki polecam ludziom, coś co otworzyło mi oczy na współczesne niewolnictwo i wstrząsnęło dużo bardziej niż reportaże wojenne. Wojny są wypadkową porachunków ludzi władzy, ale wyzysk w sektorze odzieżowym napędzamy my.

    Też mam ogromny problem ze znalezieniem etycznych sklepów, zwłaszcza z odzieżą męską. Część sieciówek wprowadza bawełnę organiczną, co uważam za krok w dobrą stronę, ale kraj pochodzenia wciąż mnie boli.
    Szkoda, że większość uczciwych sklepów funkcjonuje tylko w internecie.

    1. Dokładnie tak, jak mówisz.

      Świadomość ludzka nadal jest znikoma, choć coraz częściej mówi się o tym, z czym się wiąże przemysł odzieżowy. Niestety rozpędzoną machinę marketingowo-produkcyjną nie tak łatwo będzie zatrzymać. Wprawdzie coś tam drgnęło, ale jeszcze długa droga przed nami. Tak, odpowiedzialnośc producenta jest znaczna, ale dopóki my – konsumenci – nie zmienimy trendu, powinniśmy także obwiniać siebie. Tyle że mało kto lubi się przyznawać do błędu. Jak dla mnie – czas zacząć.

      Miło Cię znów widzieć, Ysabell. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *