Lunch pod presją

Niedawno umówiłem się z kolegą z poprzedniej pracy na lunch. Zdecydowaliśmy, że spotkamy się w biznesparku, gdzie jego firma ma siedzibę, a gdzie – o ironio! – także moja obecna firma ma jedno z biur. Raz na miesiąc, dla urozmaicenia, pracuję na starych śmieciach w centrum miasta, choć na co dzień wolę lokalizację bliżej miejsca zamieszkania.

Jarek (mój kolega) był menedżerem, niedawno jednak jego szefowa awansowała i zmieniła dział, w związku z czym pojawił się wakat. Jarek przejął jej funkcję, w związku z czym stał się teraz menedżerem innych menedżerów. Dział na około 200 osób, wiodąca instytucja finansowa, dział operacyjny w sektorze przeciwdziałania praniu pieniędzy. Brzmi nieźle. Dla niektórych nawet ostro. Nowa służbowa mazda 6 i tego typu tematy…

Gdy ustaliliśmy termin, wysłałem Jarkowi zaproszenie przez Outlooka. Jakieś 2-3 tygodnie wcześniej, żebyśmy obaj mieli już terminy zarezerwowane „na sztywno”. W dniu spotkania przebiłem się jakimś cudem przez miasto (20 minut dłużej niż normalnie), a potem czekałem na 12-stą, żeby wspólnie wykoczyć na coś do jedzenia. O 11:55 puściłem Jarkowi sms-a, że zaraz widzimy się na recepcji. Chwilę później dostałem odpowiedź:

Michał nie dam rady, spotkanie, może wpadniesz na 5 min.   Siedzimy z dziewczynami.

Trochę mnie to, nie powiem, zaskoczyło. Ze względu na tak solidne planowanie. Na wydłużoną trasę z domu i do domu, którą wykonałem tylko z powodu naszego wspólnego lunchu. Ze względu na ton wypowiedzi – że „no cóż, stało się, co zrobić” (i to protekcjonalne 5 minut) I jeszcze to, że gdybym nie napisał sms-a, pewnie stałbym na recepcji czekając jak na Godota.

Wtedy mnie uderzyło. Normalnie „miałem wizję”. To był bardzo wyraźny obraz, zupełnie jakbym tam „siedział z dziewczynami” (czytaj: menadżerkami działu, które teraz raportowały do Jarka). Ich troje w przeszklonej salce, na drzwiach i ścianach dziesiątki post-itów, infografik, flipczarty, rozgrzane laptopy i… kolejny niezwykle pilny problem do rozgryzienia, kolejny arkusz Excela do wypełnienia, świadczący o być albo nie być. Żyć albo nie żyć.

Nie krytykuję nikogo. Łatwo oceniać innych, gdy samemu jest się poza „młynem”. Pamiętam, że jeszcze nie tak dawno i ja biegałem w tym samym kołowrotku, napędzony niewidzialną presją, przeświadczeniem o wielkim znaczeniu tego, co robiłem. Wiedząc, że mój wkład (raport, prezentacja, e-mail) będzie tylko jedną z cegiełek dodawanych do piramidy składającej się z pięciu szczebli menedżerów nade mną. Cegiełki, której się nie zauważa w natłoku innych cegieł, zwłaszcza gdy faraon myślami jest już przy budowie kompletnie innej piramidy.

Przypomniało mi się, dlaczego zmieniłem pracę. Zerknąłem wstecz i zwizualizowałem sobie siebie rok wcześniej, latającego z wywieszonym językiem, zbierającego input od równie przeoranych kolegów/koleżanek, formalizującym raporty, które w dniu wysyłki uznawałem już za nieistotne, nieaktualne albo bezwartościowe. Siebie – wierzącego w to, że kolejna prezentacja w PowerPointcie cokolwiek zmieni w moim życiu zawodowym i w życiu innych. Że ich rozwinie czy coś.

Możesz mieć ambitnego szefa. Możesz mieć ciężkiego szefa twojego szefa. Możesz mieć nieoszacowane etaty w zespole. Albo po prostu jesteś w takim miejscu pracy, gdzie transformacja i zmiana jest kolejną stałą. Jeśli pracujesz w korporacji, prawie na pewno jesteś wyzyskiwany/a przez firmę. Tak to działa. Najgorsze jest jednak to, że po jakimś czasie (po roku, dwóch?) to nie twój szef czy kolejny projekt generuje ten natłok pracy czy jej tempo. Presja, którą ci wpajano, z czasem zaczęła żyć w twoim ciele samoistnie – jak pasożyt, który zmusza żywiciela do zwiększonej konsumpcji (e-maili, exceli, spotkań itp.).

W momencie, kiedy składałem wypowiedzenie, miałem wokół siebie mnóstwo serdecznych ludzi, słyszałem sporo ciepłych słów. Nauczyłem się tam wielu rzeczy. Spotkałem ciekawe jednostki. Przeżyłem kilka(naście) niezłych jazd. Ale doceniłem to dopiero z dystansu, gdy kości były już rzucone. Bardzo możliwe, że pasożyt zjadłby mnie od środka, gdybym został tam rok dłużej. Tak, miałbym zapewne nową mazdę, ale ominęłoby mnie wtedy tak życzliwe pożegnanie; odchodziłbym sfrustrowany, z gorzką miną i gronem wrogów. Bo korporacyjny hardkor kończy się zawsze dwojako – niesmakiem lub nagłym zerwaniem stosunków. Łatwo zagubić się w tym pędzie.

Jeśli powoli nie wiesz już, jak się nazywasz, odpal Internet i szukaj miejsca, w którym wreszcie odetchniesz. Wiem, że to nie jest łatwe, ale bez próbowania nic się nie zmieni. W przeciwnym wypadku po prostu odpuść na co dzień. Naprawdę odpuść. Pomysł, który wysyłasz do szefów twoich szefów, nie zostanie przez nich przeczytany, bo w międzyczasie oni zostaną przeniesieni.

Znajdź swoją strefę wpływu i działaj tylko tam. Nie licz na premie i bonusy, nie stawiaj wszystkiego na tę wątpliwą kartę. Możesz się wysilać do bólu, twierdząc, że jeśli nie wyślesz tego raportu, to nie ma mowy o podwyżce – a i tak przyjdzie ktoś, kto powie, że w tym roku wszystkie dodatkowe gratyfikacje są wstrzymane. Rób swoje, tak dobrze jak umiesz. Resztę odpuść. Twój organizm powie ci w końcu, że wystarczy.

Tego dnia napisałem do pięciu osób ze starej firmy. Nikt nie mógł się spotkać.

Do diabła z mazdą! – pomyślałem później, przegryzając ulubioną kanapkę. Siedziałem samotnie na lunchu w fast foodzie i patrzyłem na dzieciaki bawiące się w basenie z piłeczkami.

Wróciłem do domu przed 17-stą. Będąc w domu, byłem w nim całym sobą.

 

 

____________________________________________________

Powyższy wpis jest trzecim epizodem z serii #TresuraStresu, który dotyczy zarządzania stresem w miejscu pracy. Moim celem jest zaproponowanie ci strategii lub technik, które pomogą ograniczyć niepotrzebny stres i napięcie, a przy tym wpłynąć na wydajność i satysfakcję z wykonywania codziennych zadań.

Jeśli znasz inne metody lub chcesz się podzielić wrażeniami i doświadczeniami w tym temacie, zachęcam do pozostawiania komentarzy pod wpisem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *