Lubić lub nie lubić – w zgodzie ze sobą

Mam 36 lat i dopiero od niedawna wiem, co najbardziej lubię robić.

Ostatecznie zdałem sobie z tego sprawę schodząc z Martą z Giewontu. Działo się to w trakcie ulewnego deszczu (który nie zostawił na nas suchej nitki) i po bezlitosnym gradzie (który zlał nas pod szczytem jak niesfornych gnojków). O skurczach w łydkach nawet nie wspominam.

Mówię więc o głębokim przekonaniu na temat własnych potrzeb dotyczących relaksu i metod spędzania wolnego czasu.

Zadziwiające, jak wiele rzeczy „lubiłem” robić z braku pomysłu albo w wyniku powszechnego przekonania o wartości danego przeżycia.

Swego czasu rekrutowałem młodych ludzi o różnym profilu do pracy biurowej, więc miałem wgląd w setki CV. Większość z nich uwzględniała modne wówczas pole „hobby”. Wnioski, które mi się nasuwały czytając o zainteresowaniach były proste – wszyscy lubimy to samo. Podróżowanie, czytanie książek, oglądanie filmów, u kobiet jeszcze pojawiał się taniec i fotografia, a u facetów elektronika i motoryzacja (zapewne gry na konsolę umyślnie przemilczano).

Te same aktywności – w różnej kolejności lub w innych kombinacjach. Czytane hurtowo dawały wrażenie podobne do tego, które miałem podczas czytania o cechach osobowościowych i umiejętnościach. Czyli że każdy ma team spirit, każdy ma zdolność analitycznego myślenia i każdy – jak jeden mąż – ma oko do detali (sic!). Chciałoby się ironicznie skwitować: każdy ma dwie ręce i dwie nogi. Tyle że ręce i nogi zawsze się przydadzą, a w świecie skupionych na szczegółach analityków, podejmujących decyzje tylko kolektywnie, chciałoby się godzinami uderzać głową w ścianę.

Nie mówię, że ktokolwiek z aplikantów świadomie wpisał nieprawdę (choć polemika z tym zamiłowaniem do literatury jest bardzo kusząca w kontekście statystyk). Bardziej zastanawiam się nad tym, że często nie wiemy do końca, co jest naszym hobby. Albo że tak naprawdę nie wiemy do końca, co lubimy robić. Brzmi jak paradoks? A jednak! Dlatego czasami ktoś z rozpędu powie, że podróże czy kino, no bo kto nie lubi… Poza tym trochę wstyd przynać, że się takiej prostej rzeczy nie wie, prawda?

Warto zastanowić się nad tym aspektem nieco dłużej. „Hobby” to słowo dość mylne (kojarzy się z modelarstwem albo skakaniem na spadochronie) – w świetle różnych sytuacji życiowych może się zdarzyć, że ktoś takowego nie posiada, bo np. nie wystarcza na nie czasu. Zresztą przyjęło się w naszym społeczeństwie podejście, że „na hobby to może facet ma czas, a kobieta ma w tym czasie inne obowiązki” – twierdzenie prawdziwe i nieprawdziwe zarazem (kwestia kontekstu), choć w obu wypadkach dla kobiet krzywdzące.

W każdym razie na pewno każdy z nas posiada jakiś sposób na odnalezienie chwili szczęścia. Być może nasze zainteresowanie (lubienie) nie kończy się na podróżach czy wychodzeniu do kina. Żeby sobie pomóc w rozważaniach, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, kiedy czujesz się najlepiej (tzn. w jakich sytuacjach). A następnie spróbować sobie uświadomić, co w czasie tego stanu akurat robisz.

Mówię to bez osądzania. Ja na studiach uwielbiałem filmy i muzykę. Miałem setki albumów i rozeznanie w tym, co się dzieje na rynku muzycznym (od main streamu pod szyldem MTV aż po bezdenny, podziemny rap ze Stanów Zjednoczonych). Co więcej, przez całe akademickie życie oglądałem przynajmniej jeden film dziennie. Wiedziałem o każdym tytule wchodzącym do kin, znałem aktorów i reżyserów. Żyłem tym, choć nie było mi to do niczego potrzebne.

Tak, miałem najwyraźniej za dużo wolnego czasu.

365 dni w roku * 5 lat studiów * 2 godziny/film = 3650 godzin filmów.

3650 / 24 godziny na dobę = 152,1 dni.

Ponad sto pięćdziesiąt dni w trakcie studiów wyrzuciłem do kosza. Zmarnowałem je oglądając filmy, z których poświęcenia wart był jakiś 1%. Mniej więcej tyle samo straciłem słuchając muzyki o względnie przeciętnej wartości. Razem daje to prawie rok na marne.

Wydawało mi się, że to się spłaci, że coś osiągam, ale tak naprawdę wpadłem w głupi nałóg. Prawdopodobnie chciałem zaimponować wiedzą w towarzystwie albo po prostu spacyfikować się łatwą rozrywką, odkładając obowiązki na później. Czas zmarnowany na filmy klasy B i epigońskie rapy skutkował niezdawanymi egzaminami lub nerwami podczas nocnego ślęczenia nad podręcznikami. Do dziś pamiętam, jak któregoś razu rzuciłem na ziemię skserowany artykuł Heideggera i, rozjuszony, zacząłem po nim skakać. To nie był mój mocny moment. Wiedziałem wtedy, że gdyby nie prywatne maratony filmowe, byłoby łatwiej ogarnąć literaturę.

Bywa też, że lubimy robić dane rzeczy, bo tak wypada. Media społecznościowe są dobrym forum do obserwacji zainteresowań swoich znajomych, ale z drugiej strony, chcąc nie chcąc, programują podświadomość. Zrezygnowałem z prywatnego profilu na Facebooku między innymi dlatego, iż zdałem sobie sprawę, że zawartość postów na „ścianie” zaczęła regularnie stać w sprzeczności z moim światopoglądem czy wartościami. Gdybym wówczas poddał się temu zjawisku, zacząłbym automatycznie kwestionować swój sposób życia jako niezgodny z trendem ogółu. I przyswajać coraz bardziej ujednoliconą wizją zapodaną przez bezosobowy algorytm. „Lubić to”, czego w sumie nie lubię, albo czego lubić się nie da, bo już samo „lubienie” stało się pojęciem zniekształconym przez social media.

Dziś wiem, co daje mi prawdziwą radość i satysfakcję. Taką bez skutków ubocznych jak gniew, stres, długi, komplikacje zdrowotne czy zagrożone relacje. Wiem, jak najlepiej spożytkować wolny czas, abym poczuł się dobrze. Nie znaczy to, że zawsze tak robię, ani że mam zawsze taką możliwość. Wiem to, bo znalazłem czas na to, by zadać sobie odpowiednie pytania i szczerze na nie odpowiedzieć. By prześledzić przyczyny i skutki. Dodać uczucia i potrzeby, odjąć potencjalne straty, presję otoczenia, bieżące mody. Prosta algebra w zgodzie ze sobą.

I na tym rachunku kończę, bo muszę się spakować. Rano wyjeżdżam robić jedną z tych rzeczy, która daje mi prawdziwą radość. Życz mi szczęścia.

2 odpowiedzi do “Lubić lub nie lubić – w zgodzie ze sobą”

  1. To ważne: wiedzieć. Ale dobrze jest też nie być dla siebie zbyt surowym, szczególnie dla siebie samego młodszego.
    Miło i spokojnie tu u Ciebie.
    Zostaję 🙂

    Aha! Życzę szczęścia…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *