Kup, użyj, wyrzuć i kup – cz. 1: Lepszy model

Starzejemy się coraz szybciej, a wraz z nami przedmioty codziennego użytku.

Starość oraz utrata kontroli nad swoim ciałem i umysłem to dwa archetypiczne lęki, które w epoce technologicznego rozpędu nieustannie są podkarmiane. W świecie, który coraz bardziej zmierza do zmniejszenia dystansu między człowiekiem a maszyną, kluczowym celem staje się podtrzymanie złudzenia, że jesteśmy młodzi lub przynajmniej na czasie – zaktualizowani.

Uzależnia się więc ludzi od technologii, która rozwiązuje coraz więcej rzekomych problemów (patrz: smartfony), potem idzie dalej w stronę „niepozornej” technologii wearables i face recognition. Wszystko to w końcu doprowadzi do tego, że nie będziemy umieli biegać ani otwierać drzwi bez korzystania z elektroniki czy Internetu. Sztuczna inteligencja (AI) i automatyzacja procesów (RPA) spowoduje, że częstszą interakcję będziemy przeżywać z botami na licencjach banków lub e-sklepów, niż z rzeczywistymi ludźmi. Nie wspominając już o tym, że pierwsze triumfy święci koncepcja coraz bardziej realistycznych i „inteligentnych” seks-robotów.

Digitalizacja to new normal, nie ma już w zasadzie odwrotu od cyfrowej wizji świata. Nieustająca innowacja wydaje się w powszechnej opinii koniecznością, a presję zwiększania dynamiki tejże podsyca zapatrzony w siebie i słupki świat biznesu, widząc w nowoczesności skuteczne narzędzie służące do budowania marki i zwiększania zysków.

Naturalnym (raczej w cudzysłowie) skutkiem takiego stanu rzeczy musi być zwiększona i przyspieszona produkcja. Fast food i fast fashion to typowe objawy choroby. Oprócz nich kolejnym symptomem jest potrzeba ciągłej aktualizacji i/lub wzbogacania formuły. Nie ma nic złego w ulepszaniu produktów, byle spełniały najważniejsze potrzeby i oczekiwania klientów. Gorzej, jeśli główną pobudką jest chęć zysku poprzez wymuszanie na klientach aktualizacji sprzętu i/lub wymiany, czyli tzw. postarzanie produktów (planned obsolescence).

Aktualizacje software’u z całą pewnością niosą sporo korzyści, pomagają bowiem zadbać o cyber-bezpieczeństwo i usunąć błędy systemu. Niemniej jednak okazuje się, że nawet najpopularniejsza marka kojarzona ze smartfonami wykorzystuje również aktualizacje systemu do zwiększenia zużycia baterii. Ma to, rzekomo, doprowadzić do szybszego zużycia się akumulatora, a w konsekwencji zwiększyć konsumencką potrzebę kupna nowszego, „lepszego” i oczywiście droższego modelu. Sprawę niedawno do sądu skierowała Francja, gdzie takie działanie producenta jest niezgodne z prawem.

Warto zastanowić się, dlaczego w świecie smartfonów, które ulepszane są do granic wyobrażeń – bo to nie tylko telefony, ale równocześnie przeglądarki, aparaty, latarki, czytniki, nawigacje GPS, nośniki danych, odtwarzacze muzyki itd. itp. – producenci nie pochylą się nad kwestią ulepszenia formuły ładowania? Nie, nie w sensie ładowania w technologii bezprzewodowej, która od niedawna zyskuje na popularności, tylko w sensie ograniczenia zużycia prądu. Tyle mówi się o koncepcji zrównoważonego rozwoju, o kryzysie energetycznym, a mimo to zmuszeni jesteśmy ładować nasze wypasione komórki codziennie, w najlepszym razie co dwa dni. Tym samym wmawia się nam, że wireless charging to przełom, ukłon w stronę użytkownika. Przy czym ta bezprzewodowość polega na tym, że i tak trzeba komponent podłączyć do kontaktu. Hasztag: zasłona_dymna.

Powszechnym stało się obniżenie oczekiwań co do wytrzymałości produktu. Spadek trwałości wyraźnie widać choćby na rynku sprzętów RTV i AGD, gdzie nie ma co liczyć na pralkę, która posłuży dekadę lub półtorej, do czego przywykły pokolenia naszych rodziców. Radziecką „kofemiołkę” kupioną przez nich w głębokim PRL-u mam do dziś, a 40-letni, metalowy french press od teściów nie tylko zyskiwał szacunek kolegów i koleżanek w każdej mojej firmie przez ostatnich sześć lat, ale i był przez nich regularnie używany.

Zdawać by się mogło, że ludzie się zbuntują, zdawszy sobie sprawę ze spisku producentów… Nic z tych rzeczy. Ponieważ do zbliżonych wniosków doszedł cały rynek (niesiony duchem, a raczej koniecznością wygospodarowania większych oszczędności), kwestia skali sprawiła, że konsumentom nie pozostało nic innego, jak przystosować się do nowych realiów.

Oczywistym rozwiązaniem stały się paradoksalnie: a) oferowana sprzedaż ratalna we współpracy z bankami oraz b) propozycja ubezpieczenia zakupionego produktu, czyli nic innego jak jawna komunikacja do klienta, że istnieje znaczące ryzyko awarii lub wyeksploatowania sprzętu. Ubezpieczenie lodówki jest z jednej strony lekiem na obawy klienta, ale z drugiej strony zmusza go do kolejnych wydatków. Wiadomo, że sprzedawca na tym nie traci, zatem oczywiste jest, kto ponosi realne straty.

Uzależnienia od dobrobytu nie należy ignorować. Coraz większą ilość Polaków stać na wakacje, na modne ubrania z galerii handlowych. Coraz częściej jemy w restauracjach i wychodzimy na miasto. Kupujemy nowocześniejsze akcesoria, kupujemy drugie auto na rodzinę, które posiada tysiąc różnych czujników. Mnogość produktów w sklepach internetowych sprawia, że wszystko jest – jak zwykło się mówić – one click away.

Mając więc „wszystko, co potrzebujemy” (czyli np. podgrzewane siedzenia w samochodzie, drugi tablet i suszarkę do sałaty) czujemy, że jesteśmy na bieżąco, odmłodzeni i zdystansowani od tego całego przemijania. Lęk przed umieraniem staje się jakby bardziej odległy, ledwie majaczy na horyzoncie, gdzieś między zachodzącym słońcem a brunatnymi górami elektrośmieci.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *