Kilka słów o jeździe pod wpływem szkodliwych wartości

Uświadomienie sobie, że prowadzisz życie konsumpcyjne albo że jesteś materialistą, to jedno. Zmierzenie się z tym, to już inna sprawa.

Mnie dojście do pierwszego zajęło ponad dwadzieścia lat. Podjęcie się zmiany – mniej więcej dekadę.

Moja główna motywacja była w sumie bardzo prosta. Pisałem o niej wcześniej – długotrwały stres zawładnął moim ciałem i umysłem. Gdy mówi się „stres cię zżera”, można mieć wiele rzeczy na myśli. Ta metafora świetnie pasowała do mojej ówczesnej sytuacji.

Stres pożerał mój czas. Czas na rodzinę, zainteresowania, pasje, prawdziwe przyjemności. Pożerał moje siły – wieczorem siadałem na sofie i odpływałem, nie mogąc się zmobilizować do jakiejkolwiek fizycznej aktywności (poza biernym oglądaniem seriali lub płytkich filmów). Pożerał moje potrzeby rozwojowe – odechciewało mi się czytać książki, uczyć czegokolwiek. Był też taki moment, że moje potrzeby intelektualne zaspokajało wieczorne oglądanie „Pingwinów z Madagaskaru” – bo śmieszne, coś miga, dużo kolorów, happy end – akurat do utulenia się do snu (na kanapie, rzecz jasna).

Gdy mówię „stres”, nie myślę ani o strachu czy przerażeniu, ani o tremie. Myślę o ciągłym, trwającym kilka lat stanie napięcia. Innymi słowy – permanentnym stanie gotowości na: kolejne zaległości, inicjatywy, projekty, wyzwania, „gaszenie pożarów”, wszechobecny niepokój o wynik działań, czerwone flagi i czerwone światełka (korporacyjna praca), nawracające dziecięce dolegliwości, choroby, ząbkowanie, biegunki, bóle brzucha, pielęgnację, codzienny płacz przechodzący w ataki histerii (opieka nad dzieckiem/dziećmi), budowę domu, hipotekę, pożyczkę na auto, kompleksowe sprzątanie 140 metrów kwadratowych, niekończące się zakupy, usterki, reperacje, renowacje, nieskoszoną trawę, chwasty, segregowane śmieci (dom i ogród), drobne lub większe „spięcia” i „wyładowania”, komplikacje w relacjach, wstydliwe kompleksy, powracające nieporozumienia i trudne do zaakceptowania różnice (rodzina), czy też wreszcie własne problemy zdrowotne – nawracający kaszel, alergie, bóle pleców, niedrożność nosa, uporczywe chrapanie, bezdech, sześciotygodniowy ból głowy, zaburzenia mowy…

Tym właśnie dla mnie był stres.

I było go za dużo. A w sumie nie tyle, że dużo, co raczej za długo i naraz.

Gdy 6 lat temu przeprowadziliśmy się z wynajmowanego blokowego mieszkania w mieście na wieś, do świeżo wybudowanego przez nas domu, zaczęliśmy co jakiś czas poruszać kwestię naszego stylu życia. Z jednej strony była pokusa stworzenia domu marzeń, urządzonego i udekorowanego w stu procentach po naszemu, a więc: porządne meble, gadżety, dodatki, kolorystyka. Z drugiej strony – wiedzieliśmy, czego nam na pewno nie potrzeba, np. nie zdecydowaliśmy się na telewizję, nie oglądaliśmy też filmów z Internetu. Będąc pod jarzmem hipoteki nie mogliśmy sobie pozwolić na urządzenie się od razu, zajęło nam to 6 lat – i w pewnym sensie nadal nam zajmuje. Niemniej jednak, po jakichś 3-4 latach dostrzegliśmy w tym pewną pułapkę.

„Jeszcze tylko stół do jadalni i krzesła, i będziemy w końcu umeblowani”. Po zakupie: „No, to jeszcze tylko wymiana tej lampy nad stołem i wanna do drugiej łazienki… i mamy spokój”. Po czym coś w stylu „Ten telewizor można by w sumie na większy wymienić, bo jest trochę mały i trzeba mrużyć oczy przy napisach”. I tak dalej. W domu zawsze jest coś do kupienia, wymiany, odnowienia.

Często nas ten stan rzeczy drażnił, a mimo to nie mieliśmy wystarczającego samozaparcia, żeby coś zmienić. Na szczęście dla nas, od niedawna żyjemy i urządzamy się w inny sposób – poprzez eliminację przedmiotów lub przemyślane, właściwie umotywowane zakupy. Ale wtedy… wtedy to był ciężki orzech do zgryzienia.

W dużej mierze to brak sił i pomysłu prowadził nas do spędzania sobotnich lub niedzielnych popołudni w centrach handlowych. Czasem były to wyjazdy konieczne („bo córka musi mieć buty i kurtkę”), a czasem były to eskapady „rekreacyjne” („bo na dworze pada, a tam coś zjemy, połazimy, kupimy sobie jakąś książkę lub gadżecik”). Zazwyczaj i jedne, i drugie kończyły się torbami pełnymi wątpliwych zakupów.

Zwróciłem przy okazji uwagę na ciekawy, choć niepokojący trend. Było to jakoś niedługo po moich pierwszych moich atakach rozkojarzenia i zaburzeń mowy, a jeszcze przed głębszym poznaniem idei minimalizmu. Zaobserwowałem mianowicie, że ataki pojawiają się najczęściej w dni wolne od pracy, zwłaszcza po powrocie z hipermarketów czy centrów handlowych. Tak jakby sprzyjał im moment względnego rozluźnienia (weekend), a z drugiej strony środowisko pełne hałasów, kolorów, neonów, przecen, tłumu itp.

Miałem to wszystko jak na tacy. Bezmyślny konsumpcjonizm wychodził mi bokiem, a ja tak długo nie potrafiłem się spiąć, by zareagować i wprowadzić zmianę.

Wychodzę z założenia, że każdy ma swoją drogę – jedni krótszą, inni dłuższą; jedni prostą, inni wyboistą lub pełną przeszkód. Nie ma sensu rozdrapywać ran czy obwiniać się za opieszałość. Sądzę, że musiałem doświadczyć tego wszystkiego w takim a nie innym czasie, żeby trafić ostatecznie na właściwy tor. Miałem już motywację, miałem cele (wówczas jeszcze źle sformułowane). Brakowało mi jednak odpowiednich narzędzi i… zapłonu. Minimalizm okazał się tym zbiorem narzędzi, którym umiałem się posługiwać. Reszta to ja sam – moje wartości, nawyki, preferencje, światopogląd, otoczenie, kultura… Zebranie tego razem we właściwym czasie dało w końcu oczekiwany zapłon. Zaczęła się ekscytująca, odświeżająca podróż.

Jedziemy powoli. Podziwiamy widoki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *