Na dobrą sprawę. O jałmużnie

Niedawno przysłuchiwałem się ciekawej rozmowie, która dotyczyła datków na cele charytatywne. Grudzień to w firmach czas mobilizacji i organizowania akcji typu Szlachetna Paczka. Składamy się na dzieci, ubogie rodziny, osoby w hospicjach. Potem jest uroczyste wręczenie zebranych prezentów/pieniędzy i relacja fotograficzna wysyłana drogą elektroniczną lub zamieszczona na intranecie. Na końcu podziękowania. Jak się okazuje, nawet taka inicjatywa może być przedmiotem kontrowersji.

W zeszłym tygodniu kolega z pracy zbierał na rodzinę, która od kilku lat ledwo wiąże koniec z końcem. Nie udało się jej zgłosić drogą oficjalną do Szlachetnej Paczki, ponieważ przedszkole, które zobowiązało się wspomóc rodzinę zapisanego tam dziecka, dopuściło się niedopatrzenia podczas zgłoszenia – wysłało je za wcześnie, przez co wniosek nie spełnił wymogów formalnych. Tym samym rodzina została na lodzie.

Kolega, który z ramienia mojej firmy zbierał pieniądze, przyszedł do naszego pokoju wyznaczonego dnia. W ręku miał przezroczysty słoik, w którym upchnięto już sporo banknotów. Rządził głównie Chrobry, przewijał się Mieszko, gdzieniegdzie nawet wystawała niebieska broda Kazimierza Wielkiego. Każdy z nas miał przygotowaną składkę, którą bez większych ceregieli wrzucił do słoika. Kolega czuł się w obowiązku przeproszenia, że zbiera fundusze nieformalnie (tzn. nie pod oficjalnym szyldem Szlachetnej Paczki), a więc wyjaśnił wszystkie szczegóły zaniedbania przedszkola i przekazał mnóstwo informacji o rodzinie, także o zebranej dotychczas kwocie i planowanych podarunkach.

W końcu wyszedł, a po kilku minutach zaczęła się dyskusja. Jedna z koleżanek zainicjowała ją, mówiąc o tzw. metodzie na słoik. Podała przykład zbiórki, którą ktoś z jej znajomych organizował na jakiejś imprezie pływackiej. Metoda polega na tym, by najpierw do słoika wrzucić kilka banknotów z Jagiełłą. To oczywiście trik psychologiczny – przy takich składkach mało kto ośmieli się wrzucić symbolicznego piątaka czy nawet dyszkę, zwłaszcza w w obecności innych ludzi. Zaczęto więc w pokoju kwestionować sposób, w jaki została przeprowadzona firmowa zbiórka. I czy na pewno obrana metoda jest etyczna. Czy ten słoik wybrano z rzopędu czy celowo – bo mogła być przecież puszka.

Jedna z osób zwróciła uwagę, że zbiórka powinna być „bardziej anonimowa” i dobrowolna. Chodziło o to, że jak kolega chodzi po ludziach (czyli po pokojach), to niektórym może być głupio nic nie dorzucić, skoro inni dorzucają. Bo może akurat ten ktoś nie może sobie pozwolić na hojność. Bo w innych firmach robi się to inaczej – można pójść i samemu po cichu dorzucić.

To z kolei zaowocowało próbami przeanalizowania, czy aby na pewno wspomniana rodzina faktycznie jest w pilnej potrzebie, zwłaszcza że w ostatnich latach otrzymała już pralkę i używanego laptopa dla dziecka w wieku szkolnym. Czy zatem nie można było, na przykład, wybrać kogoś innemu?

Któraś z koleżanek dodała, że pomaga regularnie i nie ma problemu dać więcej, ale czasem ma wątpliwości co do obdarowanych. Miała na myśli naciągaczy. I osoby, które –  jak to ujęła – celowo nie podejmują pracy, żeby tylko kwalifikować się do programów pomocy społecznej i akcji charytatywnych. Że takimi regularnymi datkami tylko takie osoby rozpieszczamy. Przy tych uwagach większość osób ożywiła się, kiwając głowami. Padały różne komentarze, np. „W mojej rodzinie nigdy się nie przelewało, ale ja na swoje pieniądze ciężko pracuję, a ktoś taki tylko czeka na wsparcie”. I tak dalej.

Nie udzielałem się w tej dyskusji. Nie powiedziałem ani słowa, ale ani słowa nie uroniłem. Chciałem wprawdzie przedstawić swoją perspektywę, jednak coś mnie powstrzymało. Może to błąd, może w takich kwestiach właśnie trzeba się odzywać, by ukazać sprawę w innym świetle. Wiedziałem wprawdzie, jak ta rozmowa dalej się potoczy i jaki może mieć wpływ na relacje w pracy, a jak niewielki na zmianę (utrwalonego, zdaje się) stanowiska wśród rozmówców. Zwłaszcza że temat jest delikatny, a na dobrą sprawę każda z osób miała swoje racje.

Mniej więcej w tym samym czasie trafiłem na felieton Szymona Hołowni w „Tygodniku Powszechnym” i przypomniały mi się te słowa, wypowiadane w kontekście rozmowy z bezdomnym: Gdy zacząłem się już wzruszać nad swoją własną dobrocią (…) mój Anioł Stróż na szczęście palnął mnie w mój głupi łeb, apelując, bym zrobił to, o co często proszę ludzi zapraszanych przeze mnie do takiej czy innej pomocy: nie myśl pomagającym, myśl „pomaganym”. Nie ty, to on jest punktem odniesienia, osią, centrum, biegunem tej sytuacji.

Nie do każdego trafi chrześcijańska motywacja do jałmużny, choć niezależnie od wiary (czy jej braku) wydaje się rozsądna. Wspierając ubogich i potrzebujących dajemy świadectwo miłości wobec bliźnich oraz (wśród wierzących) wobec Boga.

Jezus Chrystus mówił: Gdy ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewica twoja, co prawica twoja czyni (Łk 6, 55), czym zwracał uwagę na bezinteresowność aktu. Ważna jest także nie tyle wielkość złożonego daru, ile wewnętrzne nastawienie dającego. Z tego też powodu wdowi grosz z Ewangelii według św. Łukasza może znaczyć dużo więcej, niż pozbywanie się nadmiaru.

Niekiedy motywy mogą być mało szczytne, wiążące się z chęcią uzyskania rozgłosu, reklamy, publicznego uznania albo z „ociepleniem wizerunku”.

Tak czy inaczej, myślę sobie, że lepszy jakikolwiek gest niż brak gestu. Niezależnie od motywacji.

Warto pomagać również z innego powodu – dla własnego samopoczucia. Wpierając innych po prostu czujemy się lepiej. O ile oczywiście „myślimy pomaganym”, w przeciwnym razie pomagamy wyłącznie sobie. Sądzę, że każdy lubi być potrzebny i chce wnosić jakąś wartość do życia innych, a tym samym żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Niesienie pomocy niektórych wręcz uzależnia; muszę przyznać, że to chyba jedyne uzależnienie, którego nie da się jakkolwiek potępić.

Wiele ludzi nie daje jałmużny i nie wpłaca na cele charytatywne, ponieważ planuje odłożyć na ten cel konkretniejszą sumę. Ciekawi mnie to podejście – dlaczego ludziom często zależy na daniu raz a więcej, niż mniej a częściej? Zwykle jest tak, że przychodzą święta, wakacje, urlopy, remonty, wymiana sprzętów AGD albo koszty naprawy auta… i nagle z tej odkładanej sumy nie zostaje nic. Szlachetne założenia idą wówczas z dymem.

Z perspektywy potrzebującego wygląda to tak:

a) dziesięć złotych to więcej niż zero złotych;
b) potrzebujący raczej wybierze pewną stówę niż niepewny tysiąc;
c) potrzebującemu zależy na czasie, a nie na długoterminowej lokacie.

Coraz częściej staram się zrozumieć, dlaczego nie pomagam więcej. Szukam prawdziwego powodu, nie wymówek.

Święta już za kilka dni. Przyszły mrozy. Miło jest cieszyć się bożonarodzeniowym nastrojem dzieci w przytulnym domu. Wziąć gorący prysznic nad ranem. Napić się dobrej kawy. Zjeść do syta. Wiedzieć, gdzie pójdę spać i gdzie się obudzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *