Edek i graty. Kilka słów o DNA

Pamiętam dzień, w którym mój przyszły szwagier nieomal zginął, przysypany rupieciami. To było kilka miesięcy po śmierci dziadka. Moja siostra i jej narzeczony robili remont mieszkania moich dziadków, żeby się wprowadzić do nieco większej przestrzeni.

Któregoś wieczoru pojechałem do nich po pracy, by pomóc Przemkowi przesunąć olbrzymi mebel w jednym z pokojów. Konieczne było najpierw opróżnienie szafy i nadstawki. Scena, którą zapamiętam na długie lata.

* * *

Edward, mój dziadek, był dla mnie zawsze osobą kontrowersyjną. Przeżył wojnę, miał zwyczaj opowiadać, jak to „dobrze robiło mu się za Niemca” i że pracował w jednym warsztacie samochodowym z Janem Machulskim. Tym Machulskim. Później, przez ponad 40 lat, jeździł autobusami. Jako jedyny na zajezdni umiał zaparkować przegubowego Ikarusa tyłem.

Na starość zgorzkniał, skupił się na sobie i na swoim małym świecie – obiadach, sąsiadach, cmentarzu, zakupach i wspomnieniach. Pogorszyło się, odkąd umarła babcia. Miał jednak pewną uroczą cechę, którą ujawniał zawsze podczas moich odwiedzin. Gdy tylko wpadałem do niego na herbatę, po jakimś czasie zaczynał wyciągać swoje rzeczy z szafy i z dumą je prezentować. Zawsze potrafił to uzasadnić kontekstem rozmowy.

Tak więc za każdym razem musiałem podziwiać jego komplety obrusów, które „Wiesia dostała z Ameryki”, czy też wybierać spośród kilkunastu rodzajów herbaty. Ujawniał nieziemskie wręcz pokłady koszulek i swetrów, które jakimś cudem mieściły się w wielkim segmencie. Zdarzało się, że trzeba było podziwiać włókno w skarpetach „ręcznie”. Gdy dziadek częstował winiakiem, to takim, którego data przydatności do spożycia zdążyła dawno wyblaknąć. O co by nie poprosić, miał to w kilku egzemplarzach. Najczęściej nietkniętych.

Jak się niedawno okazało, Edek żył najdłużej z całej swojej rodziny.  Choć wybierał się na tamten świat od dnia śmierci Wiesi, koniec przyszedł dopiero dekadę później. W międzyczasie zaś stary król trwał w twierdzy na dziewiątym piętrze bloku, strzegł swych skarbów i dziwactw, a uśmiech pojawiał mu się na twarzy głównie wtedy, gdy mógł przed publicznością pochwalić się zbieranym przez ponad osiemdziesiąt lat dobytkiem.

* * *

Z biegiem czasu zauważam, że mój ojciec zmienia się w dziadka. Zaczęły się już nawet słynne „prezentacje”.  Trudno mi więc nie myśleć o skutkach ciągłości pokoleniowej.

Zresztą od dzieciństwa uwielbiałem kolekcjonować. Zbierałem znaczki, monety, figurki, resoraki, karty z piłkarzami, karty z koszykarzami, kapsle, etykiety po piwach, kamienie, muszelki, karteczki z notesów… Generalnie wszystko, co tylko mógł gromadzić typowy chłopak. Miałem pełne szuflady egzotycznych (jak na lata 90.) pudełek po papierosach, które zbierałem w parku. Czasem nawet wyciągałem ciekawe okazy ze śmietników. Gdy któregoś razu spostrzegł to ojciec, miałem przechlapane. Pamiętam też kolekcję znaczków odrywanych z masek samochodowych – „zdejmował” je mój kolega z podstawówki, a ja stałem na czatach. Raz nas przyłapali… i znów miałem przechlapane.

Zbierałem ja, zbierali koledzy, zbierał ojciec i dziadek. Żyłem w przekonaniu, że każda ze zgromadzonych rzeczy to utrwalone wspomnienie. Taki komar w bursztynie. Niedawno, po mniej więcej dwudziestu latach, spotkałem się z kolegą ze szkolnej ławki. Nadal trzymamy słynna kolekcję kart z koszykarzami. Liga NBA to był wtedy taki bzik, że do tej pory nie odważyliśmy się wyrzucić egzemplarzy z ulubionymi zawodnikami.

 * * *

Żeby pomalować ściany w pokoju, należało przesunąć szafę. Żeby przesunąć szafę, trzeba było zdjąć nadstawkę. Zajęło nam z Przemkiem pół godziny wyciąganie rupieci z obu mebli. A przecież wcześniej, przez kilka tygodni, ja, moja siostra i rodzice opróżnialiśmy skrupulatnie zagracone mieszkanie. Nie było widać końca udręki.

Wyobraź sobie największego amerykańskiego koszykarza, niech to będzie np. Shaquille O’Neal. A teraz wyobraź sobie wieżę z pudełek po lekach o tych samych gabarytach. Potem zwizualizuj sobie podobna wieżę z opakowań po lodach. Każde pomieszczenie w mieszkaniu zawierało taką wieżę. Po prawie miesiącu wyrzucania wszystkiego z domu dziadków szafa nadal pozostała nietknięta. Nie wiem, ile narzędzi miał w domu dziadek, ale nie przesadzę mówiąc, że jakieś pół tony. Siedem egzemplarzy kombinerek. Tysiące (!) śrub, uszczelek, podkładek i nakrętek. Gwintownice, piły, wiertarki, scyzoryki…

Gdy wydawało nam się, że opróżniliśmy nadstawkę i zaczęliśmy ją zsuwać z dwumetrowej szafy, wówczas na głowę Przemka spadła skrzyneczka z narzędziami. Otworzyła się w locie, zasypując go kluczami, śrubokrętami i innymi artykułami żelaznymi.

Na szczęście obyło się bez obrażeń. Ale wtedy też dotarło do mnie ryzyko.

Nie chcę stać się moim dziadkiem.

Nie chcę pozostać w rzeczach. Wolę przetrwać we wspomnieniach lub dobrych nawykach.

Nie chcę, by moje córki musiały po mojej śmierci tygodniami odgracać mój dom z przeróżnych przedmiotów, które dla nich nie miałyby żadnego znaczenia czy uzasadnienia. Wstydzę się na samą myśl.

Moja żona słusznie dziś zauważyła, że w poprzednim wpisie nie wytłumaczyłem, dlaczego w ogóle gram w „grę minimalisty”.

Teraz już wiesz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *