Cyfrowa równowaga. Porady niedoszłego mistrza zen

O tym, jak prawie stałem się zen w pracy

Zdarzyło mi się wygrać kiedyś smartfona w konkursie organizowanym przez magazyn o rozwoju osobistym. Konkurs stał pod hasłem „Jak być zen w pracy” (cokolwiek to znaczyło – sponsorom zależało przede wszystkim na nawiązaniu do serii lansowanego produktu). Temat mnie zaciekawił, w dodatku uważałem, że była mi wtedy potrzebna wymiana laptopa. Napisałem wiec kilka zdań od siebie, które dobrze do siebie pasowały i niosły ze sobą rozmaite odniesienia kulturowe. Okazało się, że wygrałem jedną z trzech nagród. Co prawda nie laptopa, a telefon, lecz przyjąłem go równie ciepło, ponieważ rzadko wygrywam cokolwiek.

W konkursowej wypowiedzi pisałem o tym, w jaki sposób można stworzyć lepsze warunki do pracy i biurze. Wówczas nie byłem jeszcze tak bardzo zdyscyplinowany jak mistrz zen (choć wygrana w pewnym sensie ustanowiła mnie nim); na tamten moment jedynie wiedziałem, co trzeba zrobić, żeby takim mistrzem zostać. Cóż, do dzisiaj nie osiągnąłem tego pułapu, ale gdyby jakiś mistrz zen poszukiwał asystenta lub specjalisty do spraw równowagi w miejscu pracy, moje CV przeszłoby z miejsca do następnej rundy.

Część nagrodzonej pracy dotyczyła szczególnej strefy naszego życia – świata wirtualnego. W podróży do uproszenia życia nie należy zapominać o tej sferze, którą – jak każde inne otoczenie – bardzo łatwo zagracić i doprowadzić do chaosu. Czasami nawet o wiele łatwiej niż zwykłą, fizyczną przestrzeń. W domu miewamy bowiem realne ograniczenia: powierzchnię kwadratową, pojemność szuflad, jedyną szafę, wąską łazienkę itp. W Internecie zaś mamy giga- i terabajty przestrzeni, przepastną „chmurę”, niezliczoną ilość dostępnych folderów, dyski zewnętrzne, pendrajwy, nośniki CD/DVD i inne, które tylko stwarzają wirusom nieładu idealne warunki mieszkaniowe.

Okej, ale czy naprawdę potrzebny nam ten cały minimalizm w laptopie?

Można się zastanawiać, po co w ogóle ingerować w tę strefę. „Przecież jej nie widać!” Powody mogą być różne, zależne od stylu życia i potrzeb. Powiem więc na swoim przykładzie. Internet w laptopie i komórce to jeden z trzech największych rozpraszaczy, z którymi przyszło mi się mierzyć (pozostałe dwa to moje córki).

Swego czasu smartfony przejęły kontrolę nad moim życiem. Bo jak inaczej nazwać konieczność chodzenia z telefonem praktycznie wszędzie? No, prawie wszędzie… Czy naprawdę potrzebuję go w łazience, gdy biorę prysznic? Czy muszę go mieć w kieszeni kurtki na grzybach? Czy dwie lub trzy kreski zasięgu faktycznie robią mi różnicę podczas łowienia rób? Ile czasu marnuję na bezsensowne wyciąganie aparatu z kieszeni podczas czekania na przystanku?

Dla mnie wniosek był jasny. Brzmiał: muszę coś z tym zrobić!

Jeśli jesteś osobą, która korzysta regularnie z technologii, również potrzebujesz „odświeżenia”. Jest bardzo prawdopodobne, że do twojego domu wpadło za dużo informacji, wszelakich notyfikacji, dźwięków i wibracji.

Jeśli pracujesz w biurze – tym bardziej potrzebujesz cyfrowego trzęsienia ziemi! Należy zatem dokonać rachunku sumienia (i dysków), aby pozbyć się wirtualnych śmieci czy złych nawyków, które przeszkadzają ci w codziennych zadaniach.

Ustal sobie jakiś przedział czasowy i po prostu podejmij wyzwanie. Tydzień, dwa, może miesiąc. Nic nie tracisz, poza tym zawsze możesz wrócić do starej rzeczywistości.

Szczęśliwa trzynastka

W ciągu ostatnich miesięcy zdołałem wypróbować kilka koncepcji, podjąłem się też różnych eksperymentów. I choć temat usprawniania pracy jest naprawdę szeroki (produktywność, efektywność, zarządzanie czasem, stresem, samym sobą oraz wiele innych), skupię się na jednym aspekcie – uproszczeniu życia w komputerze/smartfonie. Dla większego wrażenia nazwę to „wdrożeniem zasad równowagi cyfrowej”. Oto moje sugestie:

  1. Zmień nastawienie. To podstawa. Zanim wprowadzisz jakąkolwiek zmianę w kwestii oczyszczania komórek czy komputerów, potrzebujesz zrozumieć, że żyjesz w świecie powszechnego dostępu. Znaczy to mniej więcej tyle, że w XXI wieku większość materiałów znajduje się w zasięgu internetowych wyszukiwarek i najczęściej dostępna jest od ręki. Nie musisz gromadzić artykułów na później czy kopiować treści do edytorów tekstu. Na 99,9% będą one nadal dostępne za rok czy za dwa lata (w najgorszym przypadku będą pod innym adresem w sieci).
  2. Czysty pulpit kontra „porządek ludzi wielkich” (czyli bałagan). Byłem, widziałem i przegrałem – z tuzinami ikon na pulpice, rzecz jasna. Niektórzy zawzięcie bronią nagromadzenia dokumentów na desktopie, twierdząc, że „tak łatwiej im coś znaleźć” i „nie tracą niepotrzebnie czasu przekopując dziesiątki folderów”. Intencja słuszna, tylko nie ma poparcia w rzeczywistości. W świetle istnienia komputerowych wyszukiwarek , to żaden argument. Ileż razy widziałem w korporacji te kursory błądzące bez końca po ekranie! O oszczędności nie było mowy. U siebie zauważyłem zaś, że gdy szukam dokumentu najpierw wpisuję nazwę w wyszukiwarkę, a komputer sam znajduje plik za mnie. Poza tym nie da się z niczym porównać korzyści płynącej z kojącego widoku jedynie 3-4 ikon na pulpicie. Jeśli masz problem z dojściem do tego stanu, rozważ stworzenie najpierw 2-3 folderów, do których powrzucasz odpowiednio wszystkie pliki (np. Prezentacje, Bieżące, Na później). Kolejnym krokiem może być usuwanie lub archiwizowanie materiałów, a docelowo – niezapisywanie ich w ogóle na dysku. Wyczyszczenie pulpitu to znakomity, praktyczny wstęp do cyfrowej równowagi.
  3. Wielkie wietrzenie dysków. Dobrze się sprawdza jako następny krok po oczyszczeniu pulpitu. Tu jednak bardzo ważne jest zastosowanie odpowiedniego filtra przy usuwaniu – zadaj sobie pytanie, jaka jest szansa, że trzeba będzie powrócić do danego pliku/prezentacji. Być może treść jest dostępna w sieci albo masz ją w „Wysłanych” na skrzynce? Opcje filtrowania po dacie stworzenia lub modyfikacji pliku pomogą Ci w masowym archiwizowaniu niepotrzebnych lub nieaktualnych dokumentów. Przy moim ostatnim odchudzaniu dysku przeraziłem się, że trzymałem materiały nawet sprzed piętnastu lat, których od tamtej pory nie otwierałem, bo okazały się w ogóle niepotrzebne (często nawet nie wiedziałem, co to za rzeczy).
  4. Klątwa Inboxa (tzn. skrzynki odbiorczej). Utrapienie pracowników korporacji. Temat głęboki jak studnia. Napisano na ten temat wiele książek i artykułów, a ja mógłbym o tym mówić godzinami (zwłaszcza od kiedy odniosłem triumf nad służbowym inboksem). Najważniejsze to wyznaczać sobie określony czas na czytanie e-maili i nie dawać się rozpraszać im w czasie innym niż wcześniej ustalony. A gdy już usiądziemy do skrzynki, to proponuję albo przeczytać i wyrzucić/zarchiwizować wiadomość, gdy jej już nie potrzebujemy, albo też odpowiedzieć od razu, zwłaszcza jeśli zajmie maksymalnie to dwie minuty.
  5. Zredukuj social media. Zastanów się, które media społecznościowe są ci naprawdę potrzebne (i do czego właściwie). Pomyśl, jaka dają ci wartość i jak wiążą się z tym, co najbardziej doceniasz lub lubisz w życiu robić. Jeśli „skrolujesz” i „postujesz” z przyzwyczajenia lub z nudów, może najwyższy czas zastanowić się nad istotnymi konsekwencjami: czasem, zdrowiem czy zobowiązaniami. Jedną z najlepszych decyzji w kwestii wolnego czasu podjąłem kilka lat temu, mianowicie wylogowałem się z Facebooka i usunąłem prywatne konto. Z ludźmi, których kocham, lubię i/lub szanuję, nadal utrzymuje kontakt; wiem, co się u nich dzieje i vice versa. Nie potrzebuję do tego snapczatów ani instagramów. A zysk w postaci odzyskanego czasu i swobody jest dla mnie wartością samą w sobie.
  6. Junk photo, czyli śmieciowe fotki. Jak myślisz – ile razy w życiu ogląda się zdjęcia z wnętrza kościoła czy muzeum? Albo z koncertów czy występów, na których osoby na scenie są praktycznie niewidoczne? Zwróć uwagę na to, jak często ludzie robią takie zdjęcia, których w zasadzie nigdy nawet nie obejrzą. Może czasem warto zadać sobie pytanie, czy naprawdę muszę robić dane zdjęcie. Jeśli robię je po to, żeby wrzucić od razu na Twittera, to w jakim konkretnie celu? Co chcę w ten sposób uzyskać? Dzięki temu, że przestałem fotografować „z rozpędu”, mam czas na oglądanie tego, co się faktycznie w danej sytuacji dzieje. Oglądanie przez ekran telefonu/aparatu to jak oglądanie w telewizji. Po co to robić, jeśli można obejrzeć na żywo?
  7. Zachowaj spokój, gdy dzwoni telefon. Wiem, brzmi głupio, ale to nie żart. Przyjrzyj się czasem ludziom, gdy dzwoni ich telefon. Często zaobserwujesz zdziwienie, zdezorientowanie, niepokój, czasami nawet panikę. Oto jak telefony komórkowe nas sterroryzowały. Zapewniam cię, że nie trzeba brać smartfonu do toalety. Jeśli to ważne, ktoś zadzwoni ponownie albo skontaktuje się z tobą w inny sposób. Współczesne telefony posiadają funkcję identyfikacji numeru – oznacza to, że możesz oddzwonić później, a w danym momencie dokończyć ważną rozmowę bez przerywania wątku lub okazania braku szacunku.
  8. Dźwięki i brzdęki. Utrzymaj rozsądną głośność i jakość dzięków w telefonie, tablecie czy laptopie. Zwłaszcza, jeśli dzielisz z kimś pomieszczenie.
  9. Wyłącz powiadomienia. Wszędzie – w telefonie, w Outlooku, w mediach społecznościowych. Wyłącz okna „pop-up” i dźwięki czy alerty, których funkcją jest powiadomienie cię o czymś. To wszystko jedynie rozprasza twoją uwagę i odciąga od innych zadań lub przyjemności. Zostaw tylko te sygnały, które są naprawdę ważne (np. powiadomienia o nieodebranych połączeniach czy zbliżających się spotkaniach). Powiadomienia to wspaniały wynalazek, który jednak bardzo łatwo może stać się przekleństwem. Miałem kiedyś dobrego kolegę w pracy – był mądrym i doświadczonym człowiekiem, który chętnie dzielił się wiedzą. Jego słabością była technologia. Doprowadził tę skłonność do takiej fazy, że podczas naszej rozmowy nieustanie pikał. Nie raz, nie dwa, tylko po kilka razy na minutę. Telefon prywatny, służbowy, smartwatch, nawigacja. Bywało, że ani on, ani ja nie mogliśmy dokończyć choćby jednego wątku.
  10. Streaming danych. Platformy VOD (np. Netflix czy Showmax) sprawiły, że mogłem się pozbyć chorobliwej potrzeby kupowania płyt DVD, które trzymałem później latami na półkach i oglądałem raz w życiu (lub raz w roku, w najlepszym przypadku). Aplikacje takie jak Spotify czy iTunes pozwalają cieszyć się ogromnymi zasobami muzycznymi, które mam zawsze pod ręką i, na dodatek, nie muszę się martwić o takie sprawy, jak naruszanie praw autorskich czy wspieranie piractwa. Czyste sumienie = mniej stresu. A jeśli chodzi o koszty, to lepiej wychodzę na płaceniu miesięcznego abonamentu niż na zakupach ad hoc.
  11. Wyczyść ekran telefonu. Zastanów się, z ilu aplikacji korzystasz. Pozostaw te, których faktycznie potrzebujesz, resztę odinstaluj. Na widoku trzymaj te używane najczęściej. Może niektóre przydają się rzadziej, choć nadal regularnie, ale przecież nie musisz patrzeć na nie za każdym razem, gdy odblokowujesz klawiaturę.
  12. Wyrzuć Wi-Fi z sypialni. Tak, dokładnie! Włącz tryb samolotowy. Niech nic nie zakłóca twojego snu czy procesu zasypiania. A jeśli to możliwe, trzymaj nocą telefon w innym pomieszczeniu. I śpij smacznie!
  13. Technologiczny post. Spróbuj najbardziej ekstremalnego z niniejszych ćwiczeń i wprowadź sobie do kalendarza „okresy offline”. Na przykład dzień (tydzień?) bez telefonu, wieczory bez Internetu albo miesiąc bez social media. Sprawdź, jak to działa. Zobacz, co się wydarzy w tobie i wokół ciebie, zanim zaczniesz się zastanawiać, co cię ominęło.

Powyższe wskazówki nie tworzą zamkniętego katalogu dobrych praktyk w kontekście minimalizowania wirtualnego życia, lecz jestem przekonany, że długotrwałe stosowanie chociażby kilku z nich pozytywnie wpłynie na twoje samopoczucie i ilość wolnego czasu.

W moim przypadku metody te sprawdzają się świetnie, choć nadal łapię się na tym, że pozwalam sobie czasami na drobne, spontaniczne odstępstwa. Pewnie prawdziwy mistrz zen spojrzałby teraz na mnie srogo i pogroził palcem. Albo powiedział coś w stylu: „Pamiętaj! Największy bałagan jest w głowie!”.

I miałby rację.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *