Co z oczu, to z serca

„Co z oczu to z serca”. Stare polskie powiedzenie, które słyszałem od dzieciństwa setki razy w co najmniej kilku kontekstach. Dopiero jednak od niedawna zrozumiałem, że to nie tyle kolejne porzekadło, co prawdziwa mądrość ludowa.

Podczas jednego z lepszych biznesowych szkoleń, w których uczestniczyłem, trener użył tego stwierdzenia przy okazji omawiania obsługi skrzynki mailowej. Zapchany „inbox” był wówczas moim poważnym problemem zawodowym, przekładającym się na jakość pracy, kontrolę na zadaniami i terminarzem – a przede wszystkim na uczucie przeładowania i wynikający z tego stres. Michał, czyli wspomniany trener, stwierdził, że wychodzenie z pracy z opróżnioną skrzynką jest jak najbardziej realne. Pamiętam, że na sali zapanowało poruszenie, później zaś rozbawienie – komentarz kwestionowali wszyscy zgromadzeni liderzy zespołów, nierzadko z kilkuletnim doświadczeniem. Ja „śmiałem się” chyba najgłośniej. Jeszcze po sesji, na stronie, uparcie polemizowałem z Michałem. Uważałem, że znawcom coachingu i doradcom zdecydowanie łatwo to wszystko powiedzieć. Że teoria teorią, a prawdziwe życie to coś zupełnie innego.

Po kilku miesiącach zmieniłem zespół (gdzie miałem prawdziwe urwanie głowy i sporo problemów kadrowych) na inny, który miał się dopiero stworzyć – takie było życzenie moich ówczesnych przełożonych. Stwierdziłem wtedy, że nie zaszkodzi spróbować innych metod działania, w tym „podręcznikowych” sposobów zarządzania ludźmi i samym sobą. Dorwałem wówczas książkę Davida Allena pt. „Getting Things Done, czyli sztuka bezstresowej efektywności” i mogę szczerze powiedzieć, że ta lektura pomogła mi odmienić zawodowe życie. Wdrożyłem większość zasad, o których czytałem. Po jakimś czasie kierowałem 30-osobowym zespołem, który regularnie przynosił oczekiwane wyniki biznesowe, pracownicy byli zadowoleni z zadań i nie odchodzili z firmy, a ja miałem „luźną głowę”. Pamiętam, że któregoś dnia wyszedłem z pracy tuż po tym, jak sprocesowałem ostatniego maila i przeniosłem go do folderu „Zrobione”. Pusty inbox. Siedziałem, patrzyłem w Outlooka jak na świętego Graala przez kilka minut, a potem wyłączyłem laptopa.

Nazajutrz postanowiłem się spiąć, by moja skrzynka znów była na koniec dnia opróżniona. Tak też się stało. Wysłałem wiadomość do Michała, że po ponad roku od pamiętnego szkolenia jestem gotów przyznać mu rację – możliwe było wychodzić z pracy bez „wiszących” e-maili. Podziękowałem mu za rzucone wyzwanie, bowiem miało istotny wpływ na mój osobisty rozwój. W rewanżu odwdzięczył mi się książką Kerry’ego Gleesona „Zrób to od razu”, która, podobnie jak metoda Allena, traktowała o osobistej efektywności w pracy.

Skupmy się na emocjach. Nieważne, czy wychodzisz z pracy z pustą skrzynką, czy świadomością wykonania bieżących spraw. Nieważne, czy kładziesz się spać z myślą, że twoje obowiązki zostały spełnione. Nieważne, czy wyrzuciłeś z garażu setki gratów i nareszcie masz miejsce na swobodny wjazd autem do środka. Nieważne, czy pozbyłaś się wreszcie wszystkich przedmiotów ze stołu, który ciągle zapełnia się jakimiś szpargałami. Uczucie, które ci wtedy towarzyszy to ulga. Radość. Swoboda.

Jest takie niepisane prawo natury, że bałagan rozmnaża się samoistnie. Wystarczy zostawić jedną rzecz w niewłaściwym miejscu, a po chwili znajdzie się w tym miejscu druga. Potem niewiele już trzeba czekać, żeby nagle się zorientować, że tych rzeczy jest mnóstwo.

Walczę ze swoim złym nawykiem porzucania ubrań na poręczach schodów, krzesłach, sofie itp. Moja żonę doprowadzam tym bałaganiarstwem do szewskiej pasji. A to wszystko najczęściej z lenistwa lub zmęczenia. Mimo to, zawsze w chwilach pozbycia się jakichś przedmiotów z pola widzenia (często rupieci, czasem śmieci), odczuwam prawdziwą ulgę. Jeszcze nigdy z tego powodu nie czułem pustki, smutku czy rozczarowania. Ostatnimi czasy staram się nad sobą pracować, by mieć pewność, że rzeczy znikają z pola widzenia i trafiają do właściwych szuflad, szafek, aukcji internetowych lub kosza na śmieci. To wymaga prawdziwej samodyscypliny. Albo zbudowania dobrego nawyku. Nad tym ostatnim obecnie pracuję, bo wiem, że efekt jest tego warty.

Znani minimaliści mówią o tym, że każdy przedmiot na widoku wpływa na nastrój, zwiększa stres i niepotrzebnie rozprasza uwagę. To ciekawa i słuszna teza. Ale przekonasz się dopiero wtedy, gdy spróbujesz.

Spróbujesz?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *