Dzień straconych

Jutro jeden z mroczniejszych dni w roku. Swego czasu nazwałem go „międzynarodowym dniem zombie”. Dzień straconych pieniędzy. Jeśli nie wiesz, o czym mówię, kliknij w ten LINK.

Na początku tygodnia miałem okazję spotkać się z kolegami i koleżankami po fachu na kolacji w duńskim mieście Kolding. W oczekiwaniu na ostatnich przybyłych, większość z nas zamówiła w hotelowym lobby tzw. Julebryg, czyli edycję świątecznego piwa, które najwyraźniej oferowano we wszystkich restauracjach i barach. Tym samym rozmowa zeszła na bożonarodzeniowe przygotowania i świąteczne tradycje w Polsce, Danii, Holandii, Szwecji i Norwegii, ponieważ pochodzimy właśnie z tych krajów.

Tym samym dotarliśmy do „tradycji” Black Friday.

Sale! Sale! Sale! Wyprzedaż! Tylko Dzisiaj! Ostatnie egzemplarze! Kup dzisiaj, zapłać za 6 miesięcy! Nie przegap!

Ciekawe jest to, że rozmowy o okresie przedświątecznym od kilku lat nieodmiennie wiążą się – przynajmniej według moich doświadczeń – z czarnym piątkiem, cyberponiedziałkiem czy nawet z „czarnym tygodniem” (który w bogatej Norwegii jest już standardem). Czy zatem można powiedzieć, że to nowa świecka tradycja? Coś jak ścinanie/kupowanie choinki?

Pewien użytkownik Twittera ładnie to ujął: „Black Friday to dzień, w którym tratujemy ludzi po to, by kupić rzeczy, których nie potrzebujemy, tuż po dniu, w którym dziękujemy za to, co mamy”. Przypomnę, że czarny piątek wywodzi się z „tradycji” amerykańskiej, wypadając dzień po Dniu Dziękczynienia. Ironia w czystej postaci.

Nie powiem dziś wiele więcej niż to, co napisałem rok temu (link powyżej). Warto się zastanowić, czy faktycznie stać się częścią tłumu, który przypuszcza bezlitosny atak na markety w celu zdobycia jakiejś przecenionej rzeczy. Często nie dlatego, ze naprawdę jej potrzebujemy, tylko dlatego, że jest tańsza. Przy czym kwestia „taniej” jest, według badań analityków rynku, kwestią co najmniej względną.

Polacy to jeden z najbardziej odpornych na reklamę narodów, jednak zupełnie inaczej sprawa wygląda, jeśli chodzi o promocje i etykiety. Jakby nam się wyłączyły czujniki logiki i zepsuł radar do wyłapywania bzdur (oczywiście odnoszę się do stereotypu).

Widzimy żółtą etykietkę i przekreśloną cenę, więc od razu łapiemy za produkt. Nie kwestionujemy, nie zadajemy sobie pytań o cenę wcześniejszą – czy może była nieco zawyżona, albo czy zawsze była taka, jak ta przekreślona. Nie porównujemy pojemności, składników, jakości. Czasami nawet nie porównujemy ceny z innymi cenami na półce. Przecież 30% rabatu to jakby Pana Boga za nogi złapać. Trafiliśmy na super okazję, więc czujemy się lepiej. Czujemy się lepsi. Sprytniejsi. Mamy lepszy produkt, a przy tym tańszy lub chociaż w tej samej cenie co inne, te gorsze…

Pytam na serio: jak zmieni się twoje życie, jeśli nie pójdziesz jutro do sklepu i nie kupisz nic w czarny piątek?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *