Jeśli lubisz to, spodoba ci się to

Całkiem możliwe, że żyjemy w bańce. A konkretnie: w „bańce filtrującej”. Termin ten ukuł amerykański internetowy aktywista, Eli Pariser. Słownikowa definicja z Wikipedii tłumaczy pojęcie jako „sytuację powstałą w wyniku działania określonego algorytmu, gdzie osoba korzystająca z sieci otrzymała informacje wyselekcjonowane, które dobrane zostały na podstawie informacji dostępnych na temat użytkownika, np. lokalizacja lub historia wyszukiwania”. Sam Pariser opisuje filter bubble jako „osobiste i niepowtarzalne uniwersum informacyjne, w którym każde z nas żyje online”.

Innymi słowy chodzi o personalizację sieciowego wyszukiwania, której efektem jest zamknięcie się w obrębie własnych zainteresowań, idei, miejsc pobytu i historii wyszukiwarek. Znaczyłoby to, że nasze komputerowe ciasteczka sprawiają, że czym więcej klikasz, tym bardziej ryglujesz się świecie swoich preferencji. W rozrachunku długoterminowym stwarza to pewien paradoks – jesteśmy/będziemy w pewnym sensie indoktrynowani swoimi własnymi poglądami.

Odbiór tego mechanizmu jest niejednoznaczny. Jedni powiedzą, że to ułatwienie – silniki internetowych wyszukiwarek i portali typu Facebook zapewniają nam szybszy dostęp do tych informacji, produktów lub rozrywek, które nas najbardziej interesują (albo interesują naszych „znajomych”), a więc teoretycznie minimalizujemy stratę czasu i nadmiar spamu. Z drugiej strony, zamykamy się w „ramkach ideologicznych”, czyli zawężamy sobie kontekst nowych tematów i pomysłów, co w szerszym ujęciu prowadzić może do ograniczenia zdrowego dyskursu publicznego i utrwalania błędów poznawczych (takich jak efekt potwierdzenia, zaprzeczenia czy polaryzacji).

Na ten moment nie da się jednoznacznie ustalić, czy działanie bańki jest faktycznie szkodliwe, czy też nie. Eksperymenty przeciwników teorii Parisera dowodzą, że internetowe wyszukiwania ludzi z różnych opcji ideologicznych (i z innymi historiami przeglądarek) były do siebie jednak zbliżone.

Co nie zmienia faktu, że sama bańka filtrująca istnieje. Skanując feedy Facebooka lub innych portali społecznościowych, przeglądamy głównie posty naszych znajomych (lub posty przez nich polubione/udostępnione), aktualizacje z subskrybowanych fanpejdży lub reklamy polubionych marek, co już samo w sobie stanowi pewne dobrowolne samoograniczenie. Do tego docierające do nas informacje są segregowane przez algorytmy na podstawie takich zmiennych, jak czas egzystowania wpisu na portalu, waga interakcji oraz stopień powiązania (również w ujęciu globalnym). A zatem jasne jest, że to raczej newsy nas znajdują, a nie odwrotnie.

Co ciekawe, kiedy jeszcze miałem swój prywatny profil, zaobserwowałem, że z biegiem lat trafia na moją „ścianę” coraz więcej informacji, które propagowały określoną postawę polityczną i światopoglądową, a coraz mniej pojawiało się na niej postów sprzyjających opcjom odmiennym, mimo że swoją aktywność portalową w tym kontekście uznałbym za zerową. Było to jednym z trzech powodów mojego wypisania się z Facebooka kilka lat temu. Zresztą – kto choć trochę się interesował ostatnimi wyborami prezydenckimi w Stanach, ten wie, jaką rolę grały w nich metadane i algorytmy w social media.

A jeszcze takie pytanie: czy choć raz w życiu nie przeraziło cię (lub chociaż porządnie zastanowiło), na jakiej podstawie strona zasugerowała ci coś, co wydawałoby się niemożliwe do zaobserwowania? Myślę o takim momencie, gdy bezskutecznie zachodzisz w głowę, skąd oni to o tobie wiedzą.

Lubię mieć wolność wyboru. Niestety, w niektórych miejscach w sieci dość wyraźnie odczuwam zgubny, irytujący wpływ ciasteczek (i wcale nie mówię o „oponce”). Mimo to przyznaję, że bańka bardziej odczuwalna jest na poziomie konsumenta, niż obywatela. To w sumie ulga, ale… czy to taka duża ulga? Poza tym, jeśli coś nie jest odczuwalne, to nie musi znaczyć, że tego nie ma.

Za małolata dziwiłem się rodzicom, gdy oglądali wszystkie wieczorne wiadomości, jedne po drugich. Najpierw popołudniowy „Teleexpress”, później wieczorny Polsat, „Fakty” na TVN-ie, „Wiadomości” TVP, a na dobitkę „Panorama”. Pytałem ich: „po jaką chorobę słuchać tych samych informacji pięć razy z rzędu”?

Dziś już wiem. Najprawdopodobniej prawda* jest, jak zwykle, gdzieś po środku. Zwłaszcza że od kilkunastu lat rola telewizji coraz bardziej sprowadza się do przedłużenia politycznej wizji. Widzę więc sens w oglądaniu kilku programów informacyjnych i wyrobieniu sobie zdania na podstawie wspólnego mianownika. To dobre rozwiązanie.

Ale można też wyłączyć telewizor albo odpiąć sieć. Przynajmniej na jakiś czas.

 

_________________
* Prawdą zajmiemy się w następnym wpisie, w podobnym kontekście.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *