Ależ wątp!

Przez firankę do serca

„Tęskniliśmy za Tobą”, mówi wielki nagłówek na okładce katalogu firmy, która regularnie od kilku lat wysyła nam oferty. Marta kupiła tam raz firanki. Jak widać, to wystarczyło, żeby nawiązać tak mocną więź.

„Gdzieś tu siadł algorytm”, rzekłby pewnie mój znajomy. Ale ja myślę: „A może nie, może właśnie to jest strategia”.

Bo jak „więź”, to blisko do „więzienia”.

Patriotyzm warzywny

„Tylko z polskich pól”, zapewnia mnie bilbord, podczas mojej trasy do pracy. Tę samą wiadomość komunikuje inny mężczyzna z podobnego bilbordu, gdy wracam do domu.

Pan Tomasz ma na sobie kraciastą koszulę i z czułością w dłoniach trzyma ziemniaka.

Taką kampanię wszczął niedawno znany w Polsce dyskont. W pierwszym momencie zastanowiło mnie, które pomelo i które mango w sieciówce pochodzi z polskich pól. Problem w tym, że dopiero za trzecim razem zobaczyłem mały druk. Otóż reklamy na bilbordach odwołowywały się do określonych gospodarstw rolnych w naszym kraju, więc chodziło o zaprezentowanie polskich warzyw. Czyli że polskie warzywa są z Polski. Nieważne – jeśli ktoś się nad tym dłużej nie zastanawiał, to zanotował, że warzywa w dyskoncie są polskie. Więc dobre. Przecież wszystko co polskie jest dobre. Bigos, pierogi, Chopin, husaria… I w tym miejscu cel został osiągnięty.

Warto sobie zadać kilka pytań – czy to naprawdę takie unikalne? Czy inne sklepy nie mają podobnej oferty? No i jak wytłumaczyć sezonowe ziemniaki z krajów śródziemnomorskich, które zimą również pojawiają się w ofercie marketów?

Później okazało się, że wpisując wspomniane hasło w wyszukiwarce można obejrzeć wysokobudżetowe filmiki reklamowe (z podniosłą fortepianową muzyką i ujęciami z drona), w których dwójka „wegan ze świętokrzyskiego” w kraciastych koszulach promuje swoje bio-buraki, a małżeństwo z Piotrkowa Trybunalskiego (tak, oboje w kraciastych koszulach, najwyraźniej rolnicy innych nie noszą) z dumą zachwala swoje sałaty hodowane metodą hydroponiczną.

Oczywiście, że hydroponiczną.

Ceniony uczeń

„Thank you for a great year, Michał” – pisze do mnie portal udostępniający kursy online. Dalej czytam, że pracownicy serwisu pragną skorzystać z okazji i podziękować mi, jako „cenionemu uczniowi” (sic!), za studiowanie na ich portalu przez ostatnie 12 miesięcy.

Kłopot w tym, że zarejestrowałem się w serwisie 8 dni wcześniej. I od tamtej pory nie zacząłem ani jednego szkolenia. Przy okazji, ma się rozumieć, zachęcają mnie do rozważenia „kontynuowania naukowej podróży”, również poprzez udział w nowych, płatnych kursach.

Czasami myślę, że pracownicy agencji reklamowych mają pełne ręce roboty, bo teraz to naprawdę trzeba się napocić, żeby zyskać uwagę konsumenta. Ale zwykle jednak przeważa u mnie inna perspektywa – po co się wysilać, jeśli stara, prosta taktyka działa?

Metoda „na cenionego ucznia” przypomina mi cyberataki phishingowe, a konkretnie tzw. CEO fraud. W skrócie: polega to na tym, iż cyberprzestępca rozsyła do puli pracowników danej firmy prośbę o pilne przelanie pieniędzy, podszywając się przy tym pod kadrę zarządzającą, najczęściej pod dyrektora finansowego lub zarządzającego”. I choć praktyka ta dla zdecydowanej większości ludzi wyda się podejrzana, to istnieje procent ludzi, którzy się na to nabiorą. Nie wspominając jużo tym, że to jedna z najefektywniejszych metod wyłudzeń funduszy drogą internetową. Statystyki wręcz porażają (ale o tym powiem więcej przy okazji innego tematu).

I co z tego?

No i co z tego? – można zapytać. Po co o tym gadać? Po co się czepiać, tracić energię? Tak już jest. Przecież nikt mnie nie zmusza do kupowania danych produktów lub usług.

I tutaj pozwolę się trochę nie zgodzić.

Należy o tym rozmawiać. Mamy prawo skrupulatnie analizować to, czym się nas karmi. To ja mogę zapytać: dlaczego niby muszę zaakceptować, że „tak już jest”?

Ależ oczywiście, że zmusza się mnie do kupienia określonych produktów, chociażby danych warzyw w danym dyskoncie. Zmusza mnie patriotyczne hasło i maślane oczy pana Tomka z bilbordu na drodze wyjazdowej z miasta, które ja (oraz setki ludzi z okolic) widzę dzień w dzień, przez kilkanaście tygodni.

Pomyśl: jeśli ktoś zachęca cię do czegoś codziennie przez kilka miesięcy, to jest to nadal zachęta, czy może już natarczywość?

Śmiem twierdzić, że z każdym dniem wyraz twarzy rolnika z bilbordu zmienia się z miłego i poczciwego w coraz bardziej podstępny i złośliwy.

Warto przyglądać się mniejszej czcionce i szczegółom, nie zapominając jednak o kontekście, otoczeniu. Jeśli już dostrzegamy ten baner czy bilbord przy drodze, to upewnijmy się, że go rozumiemy i przyswajamy w całości, świadomie – a nie że czytamy nagłówek, mechanicznie zapisujemy w głowie hasło i jedziemy dalej.

Przede wszystkim jednak upewnijmy się, że jedziemy bezpiecznie.

Na koniec pytanie za sto punktów: dlaczego tyle reklam umieszcza się przy drodze, podczas gdy wzrok kierowców powinien być skierowany na jezdnię?

2 odpowiedzi do “Ależ wątp!”

  1. Pamiętam czasy, kiedy kupowało się na lokalnym rynku worek ziemniaków na zimę, od rolnika, z wozu, z worka, czyli teoretycznie samo zdrowie bez nawozów i jaką odmianę chciałeś, taką rolnik miał na wozie. Po pewnym czasie okazywało się, ze ziemniaczki podczas gotowania ciemnieją i w ogóle, już nie są takie bielutkie i kruche i nie rozsypują się po ugotowaniu. Dziś mi świta, że to pewnie był dziadek lub tata tego Tomasza w kraciastej koszuli, co to dziś dostarcza „polskie” warzywa do dyskontów z podstępnym uśmiechem. Nie mam nic przeciwko dyskontom, ale na moim osiedlu jest kilka małych sklepików, w których można kupić np. ziemniaczki od rolnika – i tu chwała właścicielom sklepików, którzy proszą kupującego, żeby przyszedł za jakiś czas i powiedział, czy ziemniaczki są coś warte, czy raczej nie – podobnie jest z kapustą kiszona i innymi produktami „od rolnika”. Pomyśli ktoś, że właściciel sklepiku w ten sposób chce namówić klienta, aby przyszedł do niego jeszcze raz i zrobił zakupy, ale to tak nie wygląda – po pierwsze, jeśli jesteśmy asertywni – możemy wejść do sklepu i powiedzieć, że przykładowe ziemniaki okazały się porażką. A po drugie, sklepiki są ulokowane niedaleko siebie, więc właściciele widzą przez okno, że wychodzimy z siatką pełną zakupów od kogoś innego i to jest dla nich motywacja, żeby lepiej się postarać.
    I jeszcze jedna sprawa – może niezupełnie o tym samym, ale coś podobnego – wiele ludzi kupuje sokowirówki lub nowoczesne wyciskarki soków za niebotyczne kwoty – przyznaję, ze też już miałam ulec i zakupić taką wypasiona wyciskarkę soków, co to jak wyciśnie sok, to samo zdrowie. Ale głos rozsądku podpowiedział mi, czy może być coś zdrowszego od surowego owocu lub warzywa? Przecież zjadając owoc ze skórką dostarczamy wszystko, co najlepsze, wiec co jest zdrowsze dla mnie?

    1. Dzięki za podzielenie się spostrzeżeniami! Żeby nie było – do istnienia samych dyskontów też nic nie mam. 😉

      Co do sklepików, to faktycznie powoli przepada gdzieś myślenie długoterminowe, zdolność przyjmowania krytyki i wyciągania wniosków. Tylko ten szybki zysk! Pamiętam, jak w mojej okolicy bardzo zmieniło się nastawienie właścicielki w lokalnym spożywczym, u której regularnie kupowałem. Gdy raz z dobrej woli zwróciłem uwagę, że jakość pewnego produktu znacznie spadła, to usłyszałem, że nieprawda i od tej pory zawsze wyczuwałem tzw. focha. Aż w końcu znalazłem inny sklep.

      Z tymi bajernymi gadżetami do soków, kawy, warzyw, owoców itp. to jest w ogóle ciekawy temat. Najczęściej kupują je osoby, które w ten sposób próbują się zmobilizować do zmiany nawyków, więc szukają czegoś co im to ułatwi (co zwykle w ich przypadku nie udaje się, bo zabierają się za to ze złej strony).

      Pozdrawiam, Michał

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *